niedziela, 6 listopada 2022

Rojsty w remontach

Przez całe lato ciągnęły się w naszym domu roboty, których koordynowanie spadło na barki mego Szanownego Małżonka. Ja niestety pracowałam jeszcze w Warszawie, więc udzielałam się głównie telefonicznie, ale za to bardzo często i dość kategorycznie, wzbudzając moimi różnymi pomysłami wesołość u naszych kochanych "fachowców". Nawiasem mówiąc, do fachowców  mamy ogromne szczęście. Poznaliśmy tu naprawdę fajnych miejscowych ludzi: jeden polecał nam kolejnego i w ten sposób bez problemu udało się zrealizować wszystkie nasze plany a czasem nawet nieco więcej, choć skoordynowanie tych wszystkich prac (najpierw ogrzewanie podłogowe. potem hydraulik, potem kafelki, potem znowu hydraulik, a wcześniej jeszcze elektryk, a czasem wręcz odwrotnie!) to była  prawdziwa mordęga. No ale się udało. Jeszcze ze trzy wizyty pana elektryka, który wpada co jakiś czas, niekoniecznie zgodnie z naszymi oczekiwaniami, pociągnie kabelek tu i tam, założy parę gniazdek, podrzuci mi parę rozwiązań (a ma fajne pomysły) i znika na kolejne tygodnie. No to jeszcze kilka takich wizyt i będzie chyba prawie koniec!

No ale przejdźmy do szczegółów. 

Podłogówki Wam nie pokażę, bo pracowałam wtedy w Warszawie, wiem tylko że w domu była ruina, mimo że nie skuwaliśmy podłóg, tylko zdecydowaliśmy się na maty kładzione na starą posadzkę. Na to poszła dopiero wylewka, a potem przyszedł czas na kładzenie podłóg.

Od lat marzyła mi się w domu podłoga z cegły. Wydawałoby się takie trochę nierealne marzenie bez wielkich szans na realizację. Okazuje jednak się że warto trzymać te swoje nierealne marzenia gdzieś blisko za pazuchą i wyciągać szybko jak tylko nadarzy się okazja. No i się nadarzyła, bo wiadomo że podłogówka kocha się z różnymi płytkami, więc czemu nie ceglanymi! Wypatrzyłam więc sobie płytki w necie, zamówiłam próbki, pocmokałam z zachwytu, pokiwałam się z zadumą nad dość wysoką ceną ... i zakupiłam! No i mam com chciała ta-dam!





Oczywiście nie obyło się bez przygód, wiadomo. Na tych zdjęciach, a zwłaszcza na  pierwszym z nich, widać przedmiot małego "zgrzytu" pomiędzy mną a naszym "fachowcem", który zabrał się za układanie płytek "ładniejszą" czyli gładszą stroną do góry, zapewne zgodnie ze sztuką i gustem wszystkich normalnych ludzi. Zobaczywszy to Małżonek, tknięty nagłym przeczuciem, zadzwonił do mnie do biura, a ja natychmiast i kategorycznie zażądałam zaprzestania tej profanacji, bo właśnie że miało być odwrotnie! ;) Skoro cegła stara, to i ma być widać jej zmarszczki! "Ale czy na pewno??? Co za pomysły, przecież tamta strona jest ładniejsza!" No ja wiem, ale ja chcę na tę brzydszą stronę i już...
No ale co się już stało, czy też położyło, to się już niestety nie "odłożyć" nie dało. Część płytek jest położona odwrotnie. Na zdjęciu zrobionym świeżo po ukończeniu pracy różnica jest mocno widoczna, ale na szczęście po kilku tygodniach intensywnej eksploatacji salonu przez nas i naszą psią sforę, różnica powoli się zaciera. Nauczyłam się zresztą nie przejmować drobiazgami. Jest pięknie i już! 

Przyznaję że nie miałam wcześniej obmyślonej całościowej koncepcji remontu i przeobrażenia naszego domku. Ja zresztą chyba pozbawiona jestem wyobraźni koncepcyjnej, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Nie miałam zresztą czasu wcześniej siedzieć i wymyślać, więc wiele pomysłów urodziło się już w trakcie samego remontu. Niektóre w bólach i na samym końcu... ;)  I to niestety widać, bo nie wszystko wyszło do końca tak jak bym chciała. Ale skoro mam się nie przejmować drobiazgami, to się nie przejmuję.

Na przykład nad łazienką zastanawiałam się do ostatniej chwili. Jedno co wiedziałam, to że płytki na podłodze mają być drewnopodobne. W sklepie najbardziej spodobały mi się takie niejednolite, w mazaje, więc je kupiłam, a potem długo nie mogłam dokombinować reszty, bo wszystko się z nimi gryzło. 


W końcu wygrała biel, choć na początku miało być kremowo. Ale kiedy zobaczyłam płytki imitujące starą białą cegłę (co ja mam z tą cegłą?), wiedziałam że to będą one! 


Co prawda ładniejsze wydawały mi się dwie inne z tej kolekcji, w różnych odcieniach beżu, ale nijak by się to miało do mojej kolorowej "drewnianej" podłogi, niestety ...




No więc stanęło na bieli, i w sumie jestem całkiem zadowolona. 


A tu kolejny wyśmiany pomysł "pani Ani": wanna narożna postawiona nie w rogu, a odwrotnie. No wiem, wiem, nie jest to może najczęściej spotykana koncepcja, ale sęk w tym, że zaraz obok miała stanąć (i w końcu stanęła, czego tu nie widać) prostokątna kabina prysznicowa i jakoś wolałam taki właśnie układ. Nic na to nie poradzę. Panowie znowu musieli się z tym pogodzić ;)



Tutaj widać przymiarki umywalki do szafki po maszynie. Jeden z nielicznych pomysłów, które miałam  w głowie od dawna. Ta maszyna to pamiątka po mojej ukochanej Babci. Przez kilka ostatnich lat stał na niej telewizor, ale w tym domu ma dla niej miejsca w salonie. Zresztą telewizor stoi wciąż zapakowany w pudle i w ogóle nie wiemy czy będziemy go podłączać. A szafki nie pozbyłabym się za skarby świata! Więc wymyśliłam że umieszczę ją w łazience.  Jeszcze jedna dyskusja z panami od remontu - za wysoko będzie ta umywalka. No może i jest wyżej niż u innych, ale szafka jest jaka jest, a my też nie karzełki. Więc jest dobrze.

Nad umywalką wylądowała kolejna pamiątka rodzinna, lustro które u moich Rodziców wisiało kiedyś w przedpokoju. 
 

Jak widać, żaden z niego antyk, po prostu lustro w drewnianej ramie. Ale dla mnie ma dużą wartość, wiadomo. Nie jest aż tak długie jak się wydaje na zdjęciu, ale rzeczywiście powiesiliśmy go w poprzek bo tak lepiej wygląda. Nie planowałam tego lustra wcześniej, wpadłam na to jak to zwykle ja, w ostatniej chwili. I dobrze że wpadłam, bo kolejny staroć znalazł swoje miejsce w naszym domu.

W łazience oczywiście nadal brakuje paru rzeczy, jakichś półeczek, szafki nad suszarką, lamp przy lustrze i nie wątpię że kiedyś one nastąpią. Ale muszę znaleźć na to trochę czasu no i odpowiednią koncepcję ;P Jak już będzie co pokazać, to pokażę.

A poniżej jedna z najbardziej udanych moim zdaniem metamorfoz w naszym domu: stara kuchnia kaflowa. 

Na zdjęciu widać jak wyglądała przed remontem. Obok poprzedni właściciele mieli ustawioną kuchenkę na gaz z butli, no ale my mieliśmy plany na płytę elektryczną.  Kuchnia jest w tym domu niewielka i pewnie każda praktycznie myśląca pani domu wywaliłaby tę kaflową ruderkę, ale ponieważ po pierwsze daleko mi do praktycznie myślących pań domu, po drugie kocham stare rupy, a po trzecie nigdy nie wiadomo co kiedy się przydać może, zapragnęłam kuchnię uratować i odnowić. 


Miałam naprawdę dużo szczęścia, bo chyba niełatwo znaleźć w dzisiejszych czasach kogoś, kto potrafi doprowadzić do użytku stare kuchnie i piece. Próbowałam szukać w necie, ale bez specjalnego powodzenia. Są tam owszem firmy specjalizujące się w podobnych robotach, ale ceny tych usług są wprost niebotyczne, bo zdaje się że kuchnie i piece kaflowe są teraz modne.

No więc spytałam naszego pana hydraulika czy nie zna kogoś... i oczywiście znał! I w ten sposób poznaliśmy pana zduna, który nie dość że wszystko potrafi zrobić to jeszcze jest kolejną przesympatyczną postacią w naszej kolekcji nowych znajomych miejscowych ludzi.

Po krótkiej naradzie i obejrzeniu kilku fotek z internetów, na moje pytanie czy tak się w ogóle da zrobić, pan zdun odparł: "No jak nie? Wszystko się da zrobić! " i rzeczywiście:

najpierw zdemontował prawie całą starą kuchnię...



a potem ją zbudował od nowa, 


i dobudował do niej drugą część, w której zamontował następnie płytę elektryczną. I mam co chciałam!...



a nawet więcej, bo poszukując odpowiednich kafelków nad tę kuchnię, znalazłam takie oto fajne patchworkowe płytki, z których udało się również zrobić obrzeże i wszystko razem całkowicie zaspokoiło moje wygórowane estetyczne wymagania... ;P


Do tego pan zdun zrobił nam jeszcze okap (tak, bo on generalnie wszystko umie zrobić), musimy go tylko jeszcze sobie pomalować, bo chciałam żeby był ciemny, podobny w kolorze do innych mebli w kuchni.



Chciałam Wam jeszcze pokazać dwa niezwykłe detale tej naszej starej kuchni. Pierwszy z nich to tajemnicza skrytka z uroczymi żeliwnymi drzwiczkami, która była już tu wcześniej, teraz tylko została deczko odremontowana i oprawiona w kafle... 





Póki co zastanawiamy się jeszcze co w tym schowku trzymać. Musi to być chyba coś specjalnego, bo i miejsce jest specjalne.

Drugi piękny detal dostałam niedawno od pewnej Kochanej Osoby, która dobrze zna moje zamiłowanie do starych przedmiotów z Duszą. A ponieważ dodatkowo Dusza tego przedmiotu ma kresowe korzenie, i przywodzi mi na myśl nasz piękny Lwów, jest ona jeszcze bliższa memu sercu! 



Takie żeliwne tacki stawiano kiedyś pod drzwiczkami kuchni czy pieców kaflowych, żeby miały gdzie spadać rozżarzone węgle. No u nas co prawda póki co rozżarzonych węgli nie będzie, ale tacka ma już  swoje miejsce na starej kuchni. 




Wracając do remontów i przeobrażeń, z kuchni jako takiej nie jestem zbyt zadowolona. Być może głównie dlatego że w poprzednim domu moja kuchnia miała ponad 20 metrów, a tutejsza może ma 1/4 tamtej powierzchni i siłą rzeczy nie da się w niej zmieścić wszystkiego co bym chciała. Za szybko też chyba podjęłam decyzję co do wyboru mebli. Poprzednio miałam szafki ze szwedzkiego sklepu i choć fronty szybko się poniszczyły, to jednak przyzwyczaiłam się do funkcjonalności tych mebli. Tym razem postawiliśmy na polską firmę BRW i powiem że jestem rozczarowana a parę niefunkcjonalnych detali doprowadza mnie wręcz do szału. No ale trudno. Jakoś je muszę przeżyć. Również to, że w jakimś owczym pędzie wybrałam fronty troszkę zbyt nowoczesne i nijakie w wyglądzie. Lubię meble z charakterem, a ta kuchnia wyszła mi jakaś taka... zbyt zwyczajna. 

Uff, całe szczęście że mam w niej swój ulubiony kaflowy kącik! 

W kuchni też mam kilka nie dokończonych miejsc, więc może uda mi się jeszcze wprowadzić trochę zamętu jakimiś detalami. Mam już na oku ładną lampę, może wypatrzę gdzieś jakieś ciekawe półeczki, bo ja generalnie lubię kuchnie zagracone i obwieszone. Tak że mam tu jeszcze pole do popisu.

No i dopiero wtedy ją pokażę, bo na razie to nie ma czym się chwalić ;P

Chyba na dzisiaj kończę, kto dotrwał do końca niech da znak życia!




środa, 2 listopada 2022

Przeprowadzka i inne historie.

To był dla nas naprawdę trudny rok. Jeszcze się co prawda nie skończył, ale listopadowo mogę już go chyba lekko podsumować.

Już od stycznia przymierzaliśmy się do wystawienia ogłoszenia o sprzedaży naszego wielkiego starego domiszcza pod Warszawą. W końcu zrobiliśmy to dopiero w marcu, ale w sumie na dobre wyszło, bo akurat w marcu pojawił się "nasz" KUPUJĄCY i zaraz potem już mogliśmy rzucić się radośnie do pakowania gratów.

No i z pewnością rzucilibyśmy się do tego pakowania, gdyby nie dwa wydarzenia, które nieco pokrzyżowały nam plany. Szczęśliwe wydarzenia, dodajmy.

Pierwsze z nich to była adopcja ślicznej owczareczki, którą udało się memu Mężu wyszukać w internetach. Było to w połowie marca. Pojechaliśmy poznać sunię i od razu ją ze sobą zabraliśmy do domu. Jak się potem okazało, schronisko ma dość nieciekawą, a nawet dość mroczną opinię, więc naprawdę dobrze że ją stamtąd szybko wyrwaliśmy. 

Poznajcie Arię:



Sama Aria pewnie nic by nie zdołała nam pokrzyżować, bo szybko zgrała się z resztą naszego psiego towarzystwa i nie było z nią żadnego problemu. Sęk w tym, że Aria prezent nam ze sobą przyniosła, o czym dowiedzieliśmy się dość niespodziewanie, prawie cztery tygodnie później...

Taki to był prezencik:



Słodziutki, czyż nie? 

Ten słodki prezencik sprawił, że zamiast pakować, jeździć, załatwiać i remontować, wiosnę spędziliśmy na opiece neonatalnej ;) Noworodek okazał się zresztą kolejną w naszym domu sunią i otrzymał imię Vida, na pamiątkę uratowanego przed schroniskową sterylką swojego maleńkiego życia.

Cała historia jest opisana bliżej na naszym psim blogu, jeśli ktoś ma chęć tam zajrzeć to zapraszam, jest tam zresztą wiele innych psich historii, bo bloga nasze pieski pisały od lat. Pierwszym blogerem był  Aron, cudowny nasz nowofundland. Potem pisanie przejęła ukochana moja sunia bernenka Mila. Niestety, odkąd Miluni zabrakło, blog znowu nie ma właściciela. Ale może to tylko chwilowa przerwa, kto wie. Może wśród naszej psiej gromadki znów objawi się jakiś talent literacki.

Tak naprawdę więc dopiero w maju zaczęliśmy myśleć o pakowaniu. A było naprawdę o czym myśleć. Doprawdy nie wiem jakim cudem udało nam się przez ostatnie lata tak bardzo zagracić tak wielki dom! I jak tu teraz pozbyć się tylu niezwykle potrzebnych rzeczy??? 

Domek na wsi jest niewielki, dobrze że mamy tu też budynek gospodarczy, więc jest trochę dodatkowego miejsca, no ale jednak żadne ściany nie są gumowe. Trzeba było dokonać jakiejś selekcji i nie było to łatwe, a właściwie, prawdę mówiąc, niezupełnie się to nam udało. No cóż... Pomińmy to może milczeniem. Widać nie można było inaczej. 

Dość powiedzieć, że w kulminacyjnym momencie, czyli po odjeździe przeprowadzkowych ciężarówek, nasze klamoty zajmowały (ciasno upchane!) nie tylko przygotowaną wcześniej na ten cel wiatę, ale również specjalnie dokupiony na allegro namiot imprezowy. Nic jeszcze nie można było wtedy wstawiać do domu z uwagi na trwające tam roboty...

Wkleję parę fotek na wieczną rzeczy pamiątkę, bo zaiste widok był niecodzienny, a nawet przyznam że załamujący...




Możecie nie wierzyć, ale słowo daję że pozbyłam się przed przeprowadzką sporej ilości rupów! Na przykład udało mi się odżałować i oddać na lokalnej "śmieciarce" kilka wiklinowych koszyczków, co w moim przypadku było OGROMNYM poświęceniem. Cała reszta (dość liczna zresztą "reszta" ;) oczywiście przyjechała, no bo wiadomo że na wsi koszyki są bardzo potrzebne! Nawiasem mówiąc oddałam tylko te brzydkie albo niepraktyczne, choć teraz jak się dobrze zastanowię, to może jednak mogły się mi tu też na coś przydać...

Do dnia dzisiejszego na szczęście udało nam się rozgęścić te wszystkie manele, część znalazła swoje miejsce w domu (książki!), część wylądowała na strychu. Strychy mamy dwa, ten domowy jest pięknie odnowiony i uszczelniony przez panów "dachowców" i tam upchnęłam wszystkie swoje włóczki, szmatki i ciuszki, mając nadzieję że żadne kuny i inne myszy nie znajdą do nich drogi.
Sporo rzeczy niestety siedzi jeszcze w kartonach, ale już w pomieszczeniach pod dachem, bo zima przecież tuż tuż. Ciąg dalszy rozgęszczania nastąpi zapewne na wiosnę. Czasem jednak myślę, że jeśli przeżyję kilka miesięcy bez tych wszystkich rzeczy poupychanych w kartonach i na strychu, to może nie są mi one tak bardzo koniecznie niezbędne?...   ;P

No dobra, miało być dziś o remontach, ale już mi się chyba nic nie zmieści, ta notka i tak już ma z kilometr. Zapraszam za dni kilka i wtedy pokażę jak sobie naszą chatkę wyremontowaliśmy. Trochę to trwało i trochę nerwów zjadło. Parę rzeczy zrobiłabym teraz pewnie inaczej, ale niektóre decyzje podjąć trzeba było na szybko, a w dodatku większość z nich podejmowałam na odległość, bo nie mogłam być na miejscu aż do dnia przeprowadzki. A to "zdalne" sterowanie też nie zawsze na dobre wychodzi. Ale nie szkodzi. Jest dobrze i będzie coraz lepiej! Ot i co.

wtorek, 1 listopada 2022

Powrót na rojsty.

Trochę czasu minęło od mojej ostatniej wizyty na blogu. Dużo czy mało, akurat tyle, żebyśmy zdążyli przewrócić całe nasze dotychczasowe życie do góry nogami. Nareszcie! Od dwóch miesięcy nie jesteśmy już "miastowi". Teraz nasz świat to nasze Rojsty.

Mówią nam Przyjaciele, że to odważna decyzja. Czy ja wiem? Marzyło się to nam od dawna, ale dopiero po osiągnięciu dojrzałego wieku, takiego który upoważnia człowieka do odzyskania wolności od codziennego biegania do pracy, dopiero teraz mogliśmy zrealizować te nasze marzenia. Rzucić to wszystko i wyjechać!... co prawda nie w Bieszczady, ale też daleko ;)

Czy damy sobie radę? A dlaczego nie? Prawda, trochę obawiam się zimy, bo akurat nie jest to moja ulubiona pora roku (eufemizm!), a na wsi może być trochę bardziej uciążliwa niż w miejskich wygodach. Ale kto wie, może nie będzie tak źle? W najgorszym razie mogę ją po prostu przespać...  ;) 

Mam zresztą ze sobą całe moje zapasy włóczek, kto mi zabroni przesiedzieć zimę z drutami w ręku? Ba, mogę nawet przesiedzieć ją na bujanym fotelu! I przy kominku!

Czy będę tęsknić za miastem? To się zobaczy. Warszawa kiedyś była całym moim światem, nadal uważam że jest cudownym miastem, ale to życie pełne ludzi, pełne pośpiechu i hałasu całkiem mnie już zmęczyło. Nawet te ostatnie lata spędzone w domu na przedmieściach to nie było TO. Marzyło mi się żyć jeszcze dalej, jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej. Tak jak tu. W innym rytmie, zgodnie z zegarem Matki Natury. Inne zegary nas już nie obchodzą. Owszem, mamy ich w domu kilka, ale tak naprawdę każdy z nich pokazuje inną godzinę. I jakoś nam to wcale nie przeszkadza...

Czy nie będę się nudzić? Ja...? Nudzić...?  Prawdę mówiąc nie wiem co to nuda. Zawsze miałam za mało czasu na wszystko co chciałam robić. Może wreszcie mi go wystarczy! Oby!

Będę znów tu sobie pisać, pomyślałam. Trochę dla Przyjaciół, Znajomych i Nieznajomych, a trochę sama dla siebie, żeby móc sobie kiedyś powspominać te nasze pierwsze, i nie tylko pierwsze, miesiące nowego życia.

No bo jest co wspominać!

Wielki remont, wielka przeprowadzka, wielkie trzęsienie ziemi!

To były naprawdę "gorące" miesiące. No ale najtrudniejsze już za nami. Teraz już zostały szczegóły i ... rozpakowanie pudeł. Być może do wiosny się uda, hehe... Zobaczymy.

No i to by było na tyle tego przydługiego wstępu. Ciąg dalszy nastąpi. Zajrzyjcie tu do mnie czasem.  Zostawcie dwa słowa komentarza, będzie mi miło :)









poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Dzień Szpaka

I znów weekend na naszych rojstach, i znów prawdziwy Ptasi Raj...

Skrzydlaci uwijają się już na całego, okolica cała rozbrzmiewa ich piskami, krzykami i śpiewami.

Przyleciały już piękne złote wilgi, słyszałam ich głos, choć jeszcze nieśmiały, to już dał się rozróżnić spośród śpiewów tłumu... 

Nie mogę się doczekać słowików, mam nadzieję, że nie każą długo na siebie czekać.

Ale prawdziwymi bohaterami naszego weekendu były szpaki. Obserwowaliśmy z bliska pewną szpaczą parkę, która wybrała sobie nasz ogród za miejsce schadzki. Ależ się do siebie umizgiwały! Pan Szpak wabił panią szpakową swoimi pięknymi trelami, furkotaniem skrzydeł i odgłosem przypominającym bociani klekot, tyle że o wiele cichszy i subtelniejszy. Wiedzieliście, że szpaki klekoczą??? Gdyby nie to, że słyszałam i widziałam to na własne oczy, nigdy bym w to nie uwierzyła!

Oto i nasi szpaczy bohaterowie, którzy choć cały czas w ruchu, w pewnej chwili  przysiedli sobie razem na chwilkę na suchych gałązkach milinu i zgodzili się łaskawie na małą foto-sesję ;)















Cudne ptaszory, czyż nie? Ponoć pan od pani się zbytnio nie różni, ale głowę bym dała, że ten na pierwszym planie, nieco jakby bardziej czarny i zadziorny, to facet...

Na koniec fotka gęsiej pary zza płota, która chyba też już sobie wije gniazdko w trzcinach na brzegu. Swarów i kłótni dalej tam słychać co niemiara, ale myślę że zaloty gęgaw już niemal za nami, a teraz nastąpi gęsia stabilizacja i, tak jak rok temu, będziemy mogli podglądać ich spokojne życie na rozlewiskach. Chciałabym zobaczyć kiedyś młode gąski, rok temu się nie udało, może tym razem ?...

 

P.S. Ssstefania rodzina już się obudziła z zimowego snu. Jakaś zaskrońcowa latorośl wyskoczyła mi spod nóg (choć przyznaję że to raczej ja wyskoczyłam na jej widok ;), gdy łaziłam sobie z aparatem po ogrodzie. No i dobrze, że są. Znaczy wszystko i wszyscy na swoim miejscu :)

czwartek, 11 kwietnia 2019

Powrót do Edenu


Był kiedyś taki serial, "Powrót do Edenu". Akcja rozgrywała się gdzieś na antypodach, daleko, daleko ... no i było to dawno, dawno temu. A my, szczęśliwcy, właśnie, tu i teraz mamy swój własny Eden do którego, po dłuższej przerwie, kilka dni temu wróciliśmy.

Nie było nas tam przez całą zimę. Tęskniliśmy, zastanawialiśmy się jak to będzie wiosną, czy też tak pięknie jak rok temu, czy nic się nie zmieniło, czy rozlewiska nie wyschły, bo śniegu w tym roku było mało. Czy będą za płotem gęsi, czy będą na łąkach żurawie...

No i, powiem Wam, nic się nie zmieniło. Ten sam zaczarowany świat, te same rozległe przestrzenie, których widok zachwyca i zapiera dech w piersiach...



Ten mały punkcik nad drzewami, to żuraw, który zerwał się do lotu na nasz widok. Nie udało mi się go lepiej sfotografować. 


Ptactwa było więcej, ale jak to dzikie ptactwo: na nasz widok zwiało gdzie pieprz rośnie. Dobrze że choć tej jednej cyrance udało mi się zrobić zdjęcie. Co prawda też z daleka, więc nie jest wyraźne, ale wierzcie mi na słowo: to cyranka jest.

Nie zmieniła się też wcale stara iwa przy drodze wśród łąk: tak samo piękna i tajemnicza jak rok temu.


W ogrodzie resztki zeszłorocznej jesieni przeplatają się z wiosennymi plamami radosnych kolorów.


 



A piękna magnolia czai się już, by lada chwila rozwinąć swoje cudne kwiaty.


Uszczęśliwiona Mila nabiegała się za wszystkie czasy, ale też z równie wielkim jak my zainteresowaniem oddawała się obserwacji tajemniczego świata za naszym płotem.


A jest co obserwować. Ten świat za naszym płotem jest nadal tak samo niezwykły i pełen uroku:




No i najważniejsze: okazało się, że nasi ulubieni gęgający sąsiedzi znów tu są!


U gęgaw trwa chyba czas intensywnych zalotów, bo przez cały dzień latały parami gęgając wniebogłosy. Ale czasem przelatywały też większą zgrają. 
 

A poniżej próbka tych gęgających zalotów (a może kłótni narzeczeńskiej, któż to może wiedzieć). Filmik raczej kiepski, bo kręcony z ręki i z daleka, więc ciągle mi ptaszyska uciekały z kadru. Ale co tam, grunt że jest. No i grunt, że one znów są - wprost za naszym płotem!


Nasz ptasi raj przypomniał nam, że nie bez kozery go tak nazwaliśmy. Przez jedno sobotnie popołudnie mogliśmy nacieszyć się widokiem latających nam nad głowami pięknych rudych kani, zobaczyliśmy nisko lecącą białą czaplę, po krzakach obok nas ganiały się rudziki, a na jabłoni nieopodal rozrabiał dzięcioł.  

Przyleciał też do nas kruk...


i nawet raczył na moment przysiąść na Ptasim Drzewie, więc czym prędzej schwyciłam za aparat, ale że fotka pod światło, to znowu kiepska wyszła.

W ogóle to zdążyłam już zapomnieć, że bez aparatu nie powinnam się tam ruszać na krok, bo ptaki nie mają zwyczaju czekać ani chwili. Dlatego, poza tą nędzną fotką kruka, oraz kilkoma zdjęciami pliszki, która postanowiła pobiegać sobie po drewnianej kładce tuż przed naszymi nosami, więcej ptasich fotek nie mam.




Wpatrując się w pewnej chwili w zarośla po drugiej stronie płotu uchwyciłam spojrzenie łani jelenia. Stała nieruchomo przez dłuższą chwilę i spoglądała w naszą stronę. A potem oczywiście oddaliła się w sobie tylko znanym kierunku...

A wszystkie te spotkania odbyliśmy nie ruszając się z naszego ogrodu! I to jest w tym naprawdę czarodziejskie. Jak tu nie kochać tego miejsca!
Kochamy je. 





środa, 1 sierpnia 2018

Spotkać łosia!


Podobno w naszej okolicy mieszkają też łosie. Poprzedni właściciel domu opowiadał nam o swoim bliskim spotkaniu z łoszą i małym łosiątkiem. To musiało być przeżycie!


Foto niestety nie moje.
Źródło: www.dinoanimals.pl

Rzecz jasna, teraz my marzymy o takim spotkaniu. No i już mało brakowało!

Pewnego dnia, tuż przed zmrokiem, wybrałam się na przechadzkę po najbliższej okolicy, w poszukiwaniu żurawi, oczywiście. Żurawi nie spotkałam, ale w pewnej chwili usłyszałam niedaleko dziwny głos. Takie niby trąbienie, trochę w stylu oślego ryku, ale w sumie do niczego nie podobne. Kilka razy zawołało, po czym zamilkło. "O rety, to na pewno łoś!" - ucieszyłam się. Skradałam się cicho w stronę tego głosu, ale ucichł. Po chwili usłyszałam go jeszcze z oddali.

Wróciłam do domu z radosnym okrzykiem "słyszałam łosia!". Strasznie byłam uradowana...

No ale dla potwierdzenia pogrzebałam w necie i okazało się, że łosie nie dość że bardzo rzadko się odzywają, i w dodatku nie o tej porze roku, to jeszcze zupełnie innym głosem! No masz ci los, a co to tak trąbiło w lesie???

Na rozwiązanie zagadki wpadłam dwa dni później, kiedy słuchając majowych słowiczych treli w środku nocy, usłyszeliśmy znowu to dziwne trąbienie. I nagle przypomniałam sobie że jest taki ptak, który wydaje przedziwne i mało ptasie odgłosy. Na coś przydało się oglądanie w dzieciństwie filmów przyrodniczych! Chwila namysłu i przypomniałam sobie co to za ptak.

Oto on i jego głosik:


Teraz oczywiście trochę mi wstyd, że się nie poznałam, ale z drugiej strony  - przyznacie że można się nabrać, prawda?

Drugie nasze spotkanie z łosiem było już chyba prawdziwe, choć nie do końca można je nazwać spotkaniem. 

Pewnego czerwcowego wieczoru usłyszeliśmy, tuż za naszym płotem, jak jakieś duże zwierzę chłepce wodę z bajorka. Chłeptanie było naprawdę potężne i majestatyczne. Tak nie chłepcą psy ani sarenki! Bajorka o tej porze są już niestety całkiem zarośnięte i wcale ich nie widać. Spragnionego zwierza więc nie zobaczyliśmy, ale czuliśmy jego obecność bardzo, bardzo blisko.

Po chwili usłyszeliśmy jak odczłapało powoli w siną dal...

No a ja mam nadzieję, że to był wreszcie łoś!

:)