Przez całe lato ciągnęły się w naszym domu roboty, których koordynowanie spadło na barki mego Szanownego Małżonka. Ja niestety pracowałam jeszcze w Warszawie, więc udzielałam się głównie telefonicznie, ale za to bardzo często i dość kategorycznie, wzbudzając moimi różnymi pomysłami wesołość u naszych kochanych "fachowców". Nawiasem mówiąc, do fachowców mamy ogromne szczęście. Poznaliśmy tu naprawdę fajnych miejscowych ludzi: jeden polecał nam kolejnego i w ten sposób bez problemu udało się zrealizować wszystkie nasze plany a czasem nawet nieco więcej, choć skoordynowanie tych wszystkich prac (najpierw ogrzewanie podłogowe. potem hydraulik, potem kafelki, potem znowu hydraulik, a wcześniej jeszcze elektryk, a czasem wręcz odwrotnie!) to była prawdziwa mordęga. No ale się udało. Jeszcze ze trzy wizyty pana elektryka, który wpada co jakiś czas, niekoniecznie zgodnie z naszymi oczekiwaniami, pociągnie kabelek tu i tam, założy parę gniazdek, podrzuci mi parę rozwiązań (a ma fajne pomysły) i znika na kolejne tygodnie. No to jeszcze kilka takich wizyt i będzie chyba prawie koniec!
No ale przejdźmy do szczegółów.
Podłogówki Wam nie pokażę, bo pracowałam wtedy w Warszawie, wiem tylko że w domu była ruina, mimo że nie skuwaliśmy podłóg, tylko zdecydowaliśmy się na maty kładzione na starą posadzkę. Na to poszła dopiero wylewka, a potem przyszedł czas na kładzenie podłóg.
Od lat marzyła mi się w domu podłoga z cegły. Wydawałoby się takie trochę nierealne marzenie bez wielkich szans na realizację. Okazuje jednak się że warto trzymać te swoje nierealne marzenia gdzieś blisko za pazuchą i wyciągać szybko jak tylko nadarzy się okazja. No i się nadarzyła, bo wiadomo że podłogówka kocha się z różnymi płytkami, więc czemu nie ceglanymi! Wypatrzyłam więc sobie płytki w necie, zamówiłam próbki, pocmokałam z zachwytu, pokiwałam się z zadumą nad dość wysoką ceną ... i zakupiłam! No i mam com chciała ta-dam!


Oczywiście nie obyło się bez przygód, wiadomo. Na tych zdjęciach, a zwłaszcza na pierwszym z nich, widać przedmiot małego "zgrzytu" pomiędzy mną a naszym "fachowcem", który zabrał się za układanie płytek "ładniejszą" czyli gładszą stroną do góry, zapewne zgodnie ze sztuką i gustem wszystkich normalnych ludzi. Zobaczywszy to Małżonek, tknięty nagłym przeczuciem, zadzwonił do mnie do biura, a ja natychmiast i kategorycznie zażądałam zaprzestania tej profanacji, bo właśnie że miało być odwrotnie! ;) Skoro cegła stara, to i ma być widać jej zmarszczki! "Ale czy na pewno??? Co za pomysły, przecież tamta strona jest ładniejsza!" No ja wiem, ale ja chcę na tę brzydszą stronę i już...
No ale co się już stało, czy też położyło, to się już niestety nie "odłożyć" nie dało. Część płytek jest położona odwrotnie. Na zdjęciu zrobionym świeżo po ukończeniu pracy różnica jest mocno widoczna, ale na szczęście po kilku tygodniach intensywnej eksploatacji salonu przez nas i naszą psią sforę, różnica powoli się zaciera. Nauczyłam się zresztą nie przejmować drobiazgami. Jest pięknie i już!
Przyznaję że nie miałam wcześniej obmyślonej całościowej koncepcji remontu i przeobrażenia naszego domku. Ja zresztą chyba pozbawiona jestem wyobraźni koncepcyjnej, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Nie miałam zresztą czasu wcześniej siedzieć i wymyślać, więc wiele pomysłów urodziło się już w trakcie samego remontu. Niektóre w bólach i na samym końcu... ;) I to niestety widać, bo nie wszystko wyszło do końca tak jak bym chciała. Ale skoro mam się nie przejmować drobiazgami, to się nie przejmuję.
Na przykład nad łazienką zastanawiałam się do ostatniej chwili. Jedno co wiedziałam, to że płytki na podłodze mają być drewnopodobne. W sklepie najbardziej spodobały mi się takie niejednolite, w mazaje, więc je kupiłam, a potem długo nie mogłam dokombinować reszty, bo wszystko się z nimi gryzło.
W końcu wygrała biel, choć na początku miało być kremowo. Ale kiedy zobaczyłam płytki imitujące starą białą cegłę (co ja mam z tą cegłą?), wiedziałam że to będą one!
Co prawda ładniejsze wydawały mi się dwie inne z tej kolekcji, w różnych odcieniach beżu, ale nijak by się to miało do mojej kolorowej "drewnianej" podłogi, niestety ...
No więc stanęło na bieli, i w sumie jestem całkiem zadowolona.
A tu kolejny wyśmiany pomysł "pani Ani": wanna narożna postawiona nie w rogu, a odwrotnie. No wiem, wiem, nie jest to może najczęściej spotykana koncepcja, ale sęk w tym, że zaraz obok miała stanąć (i w końcu stanęła, czego tu nie widać) prostokątna kabina prysznicowa i jakoś wolałam taki właśnie układ. Nic na to nie poradzę. Panowie znowu musieli się z tym pogodzić ;)
Tutaj widać przymiarki umywalki do szafki po maszynie. Jeden z nielicznych pomysłów, które miałam w głowie od dawna. Ta maszyna to pamiątka po mojej ukochanej Babci. Przez kilka ostatnich lat stał na niej telewizor, ale w tym domu ma dla niej miejsca w salonie. Zresztą telewizor stoi wciąż zapakowany w pudle i w ogóle nie wiemy czy będziemy go podłączać. A szafki nie pozbyłabym się za skarby świata! Więc wymyśliłam że umieszczę ją w łazience. Jeszcze jedna dyskusja z panami od remontu - za wysoko będzie ta umywalka. No może i jest wyżej niż u innych, ale szafka jest jaka jest, a my też nie karzełki. Więc jest dobrze.
Nad umywalką wylądowała kolejna pamiątka rodzinna, lustro które u moich Rodziców wisiało kiedyś w przedpokoju.
Jak widać, żaden z niego antyk, po prostu lustro w drewnianej ramie. Ale dla mnie ma dużą wartość, wiadomo. Nie jest aż tak długie jak się wydaje na zdjęciu, ale rzeczywiście powiesiliśmy go w poprzek bo tak lepiej wygląda. Nie planowałam tego lustra wcześniej, wpadłam na to jak to zwykle ja, w ostatniej chwili. I dobrze że wpadłam, bo kolejny staroć znalazł swoje miejsce w naszym domu.
W łazience oczywiście nadal brakuje paru rzeczy, jakichś półeczek, szafki nad suszarką, lamp przy lustrze i nie wątpię że kiedyś one nastąpią. Ale muszę znaleźć na to trochę czasu no i odpowiednią koncepcję ;P Jak już będzie co pokazać, to pokażę.
A poniżej jedna z najbardziej udanych moim zdaniem metamorfoz w naszym domu: stara kuchnia kaflowa.
Na zdjęciu widać jak wyglądała przed remontem. Obok poprzedni właściciele mieli ustawioną kuchenkę na gaz z butli, no ale my mieliśmy plany na płytę elektryczną. Kuchnia jest w tym domu niewielka i pewnie każda praktycznie myśląca pani domu wywaliłaby tę kaflową ruderkę, ale ponieważ po pierwsze daleko mi do praktycznie myślących pań domu, po drugie kocham stare rupy, a po trzecie nigdy nie wiadomo co kiedy się przydać może, zapragnęłam kuchnię uratować i odnowić.
Miałam naprawdę dużo szczęścia, bo chyba niełatwo znaleźć w dzisiejszych czasach kogoś, kto potrafi doprowadzić do użytku stare kuchnie i piece. Próbowałam szukać w necie, ale bez specjalnego powodzenia. Są tam owszem firmy specjalizujące się w podobnych robotach, ale ceny tych usług są wprost niebotyczne, bo zdaje się że kuchnie i piece kaflowe są teraz modne.
No więc spytałam naszego pana hydraulika czy nie zna kogoś... i oczywiście znał! I w ten sposób poznaliśmy pana zduna, który nie dość że wszystko potrafi zrobić to jeszcze jest kolejną przesympatyczną postacią w naszej kolekcji nowych znajomych miejscowych ludzi.
Po krótkiej naradzie i obejrzeniu kilku fotek z internetów, na moje pytanie czy tak się w ogóle da zrobić, pan zdun odparł: "No jak nie? Wszystko się da zrobić! " i rzeczywiście:
najpierw zdemontował prawie całą starą kuchnię...
a potem ją zbudował od nowa,
i dobudował do niej drugą część, w której zamontował następnie płytę elektryczną. I mam co chciałam!...
a nawet więcej, bo poszukując odpowiednich kafelków nad tę kuchnię, znalazłam takie oto fajne patchworkowe płytki, z których udało się również zrobić obrzeże i wszystko razem całkowicie zaspokoiło moje wygórowane estetyczne wymagania... ;P
Do tego pan zdun zrobił nam jeszcze okap (tak, bo on generalnie wszystko umie zrobić), musimy go tylko jeszcze sobie pomalować, bo chciałam żeby był ciemny, podobny w kolorze do innych mebli w kuchni.
Chciałam Wam jeszcze pokazać dwa niezwykłe detale tej naszej starej kuchni. Pierwszy z nich to tajemnicza skrytka z uroczymi żeliwnymi drzwiczkami, która była już tu wcześniej, teraz tylko została deczko odremontowana i oprawiona w kafle...
Póki co zastanawiamy się jeszcze co w tym schowku trzymać. Musi to być chyba coś specjalnego, bo i miejsce jest specjalne.
Drugi piękny detal dostałam niedawno od pewnej Kochanej Osoby, która dobrze zna moje zamiłowanie do starych przedmiotów z Duszą. A ponieważ dodatkowo Dusza tego przedmiotu ma kresowe korzenie, i przywodzi mi na myśl nasz piękny Lwów, jest ona jeszcze bliższa memu sercu!
Takie żeliwne tacki stawiano kiedyś pod drzwiczkami kuchni czy pieców kaflowych, żeby miały gdzie spadać rozżarzone węgle. No u nas co prawda póki co rozżarzonych węgli nie będzie, ale tacka ma już swoje miejsce na starej kuchni.

Wracając do remontów i przeobrażeń, z kuchni jako takiej nie jestem zbyt zadowolona. Być może głównie dlatego że w poprzednim domu moja kuchnia miała ponad 20 metrów, a tutejsza może ma 1/4 tamtej powierzchni i siłą rzeczy nie da się w niej zmieścić wszystkiego co bym chciała. Za szybko też chyba podjęłam decyzję co do wyboru mebli. Poprzednio miałam szafki ze szwedzkiego sklepu i choć fronty szybko się poniszczyły, to jednak przyzwyczaiłam się do funkcjonalności tych mebli. Tym razem postawiliśmy na polską firmę BRW i powiem że jestem rozczarowana a parę niefunkcjonalnych detali doprowadza mnie wręcz do szału. No ale trudno. Jakoś je muszę przeżyć. Również to, że w jakimś owczym pędzie wybrałam fronty troszkę zbyt nowoczesne i nijakie w wyglądzie. Lubię meble z charakterem, a ta kuchnia wyszła mi jakaś taka... zbyt zwyczajna.
Uff, całe szczęście że mam w niej swój ulubiony kaflowy kącik!
W kuchni też mam kilka nie dokończonych miejsc, więc może uda mi się jeszcze wprowadzić trochę zamętu jakimiś detalami. Mam już na oku ładną lampę, może wypatrzę gdzieś jakieś ciekawe półeczki, bo ja generalnie lubię kuchnie zagracone i obwieszone. Tak że mam tu jeszcze pole do popisu.
No i dopiero wtedy ją pokażę, bo na razie to nie ma czym się chwalić ;P
Chyba na dzisiaj kończę, kto dotrwał do końca niech da znak życia!