środa, 2 listopada 2022

Przeprowadzka i inne historie.

To był dla nas naprawdę trudny rok. Jeszcze się co prawda nie skończył, ale listopadowo mogę już go chyba lekko podsumować.

Już od stycznia przymierzaliśmy się do wystawienia ogłoszenia o sprzedaży naszego wielkiego starego domiszcza pod Warszawą. W końcu zrobiliśmy to dopiero w marcu, ale w sumie na dobre wyszło, bo akurat w marcu pojawił się "nasz" KUPUJĄCY i zaraz potem już mogliśmy rzucić się radośnie do pakowania gratów.

No i z pewnością rzucilibyśmy się do tego pakowania, gdyby nie dwa wydarzenia, które nieco pokrzyżowały nam plany. Szczęśliwe wydarzenia, dodajmy.

Pierwsze z nich to była adopcja ślicznej owczareczki, którą udało się memu Mężu wyszukać w internetach. Było to w połowie marca. Pojechaliśmy poznać sunię i od razu ją ze sobą zabraliśmy do domu. Jak się potem okazało, schronisko ma dość nieciekawą, a nawet dość mroczną opinię, więc naprawdę dobrze że ją stamtąd szybko wyrwaliśmy. 

Poznajcie Arię:



Sama Aria pewnie nic by nie zdołała nam pokrzyżować, bo szybko zgrała się z resztą naszego psiego towarzystwa i nie było z nią żadnego problemu. Sęk w tym, że Aria prezent nam ze sobą przyniosła, o czym dowiedzieliśmy się dość niespodziewanie, prawie cztery tygodnie później...

Taki to był prezencik:



Słodziutki, czyż nie? 

Ten słodki prezencik sprawił, że zamiast pakować, jeździć, załatwiać i remontować, wiosnę spędziliśmy na opiece neonatalnej ;) Noworodek okazał się zresztą kolejną w naszym domu sunią i otrzymał imię Vida, na pamiątkę uratowanego przed schroniskową sterylką swojego maleńkiego życia.

Cała historia jest opisana bliżej na naszym psim blogu, jeśli ktoś ma chęć tam zajrzeć to zapraszam, jest tam zresztą wiele innych psich historii, bo bloga nasze pieski pisały od lat. Pierwszym blogerem był  Aron, cudowny nasz nowofundland. Potem pisanie przejęła ukochana moja sunia bernenka Mila. Niestety, odkąd Miluni zabrakło, blog znowu nie ma właściciela. Ale może to tylko chwilowa przerwa, kto wie. Może wśród naszej psiej gromadki znów objawi się jakiś talent literacki.

Tak naprawdę więc dopiero w maju zaczęliśmy myśleć o pakowaniu. A było naprawdę o czym myśleć. Doprawdy nie wiem jakim cudem udało nam się przez ostatnie lata tak bardzo zagracić tak wielki dom! I jak tu teraz pozbyć się tylu niezwykle potrzebnych rzeczy??? 

Domek na wsi jest niewielki, dobrze że mamy tu też budynek gospodarczy, więc jest trochę dodatkowego miejsca, no ale jednak żadne ściany nie są gumowe. Trzeba było dokonać jakiejś selekcji i nie było to łatwe, a właściwie, prawdę mówiąc, niezupełnie się to nam udało. No cóż... Pomińmy to może milczeniem. Widać nie można było inaczej. 

Dość powiedzieć, że w kulminacyjnym momencie, czyli po odjeździe przeprowadzkowych ciężarówek, nasze klamoty zajmowały (ciasno upchane!) nie tylko przygotowaną wcześniej na ten cel wiatę, ale również specjalnie dokupiony na allegro namiot imprezowy. Nic jeszcze nie można było wtedy wstawiać do domu z uwagi na trwające tam roboty...

Wkleję parę fotek na wieczną rzeczy pamiątkę, bo zaiste widok był niecodzienny, a nawet przyznam że załamujący...




Możecie nie wierzyć, ale słowo daję że pozbyłam się przed przeprowadzką sporej ilości rupów! Na przykład udało mi się odżałować i oddać na lokalnej "śmieciarce" kilka wiklinowych koszyczków, co w moim przypadku było OGROMNYM poświęceniem. Cała reszta (dość liczna zresztą "reszta" ;) oczywiście przyjechała, no bo wiadomo że na wsi koszyki są bardzo potrzebne! Nawiasem mówiąc oddałam tylko te brzydkie albo niepraktyczne, choć teraz jak się dobrze zastanowię, to może jednak mogły się mi tu też na coś przydać...

Do dnia dzisiejszego na szczęście udało nam się rozgęścić te wszystkie manele, część znalazła swoje miejsce w domu (książki!), część wylądowała na strychu. Strychy mamy dwa, ten domowy jest pięknie odnowiony i uszczelniony przez panów "dachowców" i tam upchnęłam wszystkie swoje włóczki, szmatki i ciuszki, mając nadzieję że żadne kuny i inne myszy nie znajdą do nich drogi.
Sporo rzeczy niestety siedzi jeszcze w kartonach, ale już w pomieszczeniach pod dachem, bo zima przecież tuż tuż. Ciąg dalszy rozgęszczania nastąpi zapewne na wiosnę. Czasem jednak myślę, że jeśli przeżyję kilka miesięcy bez tych wszystkich rzeczy poupychanych w kartonach i na strychu, to może nie są mi one tak bardzo koniecznie niezbędne?...   ;P

No dobra, miało być dziś o remontach, ale już mi się chyba nic nie zmieści, ta notka i tak już ma z kilometr. Zapraszam za dni kilka i wtedy pokażę jak sobie naszą chatkę wyremontowaliśmy. Trochę to trwało i trochę nerwów zjadło. Parę rzeczy zrobiłabym teraz pewnie inaczej, ale niektóre decyzje podjąć trzeba było na szybko, a w dodatku większość z nich podejmowałam na odległość, bo nie mogłam być na miejscu aż do dnia przeprowadzki. A to "zdalne" sterowanie też nie zawsze na dobre wychodzi. Ale nie szkodzi. Jest dobrze i będzie coraz lepiej! Ot i co.

4 komentarze:

  1. Witaj ponownie na łamach! Gratuluję decyzji, najlepsze przed Wami! No i nóżkami przebieram, żeby ZOBACZYĆ!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hano, miło że tu do mnie zajrzałaś :) Ta decyzja dojrzewała w nas już od wielu lat, aż się wreszcie udało! Zapraszam częściej i obiecuję że będzie co oglądać :)

      Usuń
  2. Nooooo, ja czekam na nastepna porcje zdjec i opowiesci remontowych, choc jestem okropna baba w odpowiedziach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się piszą opowieści remontowe. Lada moment skonczę, tylko jak przystało na emeryta ciągle czasu brak!

      Usuń