A tymczasem coraz bliżej do zimy. Nie ukrywam że trochę się jej boję, choć nie jest to może aż strach, tyko taka niepewność: jak uda nam się przetrwać ten zimowy czas ?
Od lat nie lubię zimy, nie znoszę marznąć, a najbardziej chyba dokucza mi zimowy brak słońca, krótki dzień, szarobure kolory dookoła. Prawie co roku zaliczałam jesienną deprechę i gdyby nie rola kobiety pracującej, to najchętniej hibernowałabym się jak bieszczadzkie miśki w oczekiwaniu wiosny.
No ale z kobietą pracującą już definitywnie skończyłam. Odpadnie mi już większość nielubianych zimowych okoliczności, takich jak wstawanie przed wschodem słońca czy wychodzenie z biura już po jego zajściu. Pamiętam jak co roku czekałam z utęsknieniem na ten dzień kiedy dojadę po pracy do domu jeszcze po widnemu! Co za radość!
Kto wie, może oglądanie zimy przez okno i korzystanie z jej "uroków" wyłącznie wtedy gdy będę miała na to ochotę nie będzie aż takie straszne ? To się okaże.
Poza tym, zima na wsi może obfitować w nadmiar wolnego czasu, na co w sumie czekam od lat :) Obym tylko zdążyła przed zimą rozłożyć się w naszym przyciasnym domku z moimi skarbami czyli przydasiami do robótek wszelakich, bo bez przydasiów nadmiar wolnego czasu zużywać bym musiała na rozwijanie nowych zdolności, w tym blogowe grafomaństwo ... ;P
Przyznać muszę, że tegoroczna jesień jest dla nas łaskawa. Słoneczne i niemal ciepłe dni w listopadzie nieczęsto się w życiu zdarzają. Dzięki nim prawie udało nam się uporać z poprzeprowadzkowym bałaganem, a ja w międzyczasie zdążyłam już wsadzić do ziemi prawie wszystkie roślinki wywiezione z mojego dawnego ogródka.
No i mimo że to już prawie połowa listopada, nadal możemy sobie popijać kawkę na naszej nowej werandzie i podziwiać widok naszego niemiłosiernie w tym roku zarośniętego ogrodu, oraz rojsty za płotem, dobrze o tej porze widoczne przez bezlistne gałęzie drzew. Opatuleni w wełniane koce i szczęśliwi!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz