piątek, 16 grudnia 2022

No i cóż, że ze Szwecji?..

Oto kolejni amatorzy mrożonych jabłuszek. Przylecieli parę dni temu całą rodzinką, poćwierkali, podziobali i polecieli...











A ja wpadłam w pełną goryczy zadumę, bo byłam pewna, że wszystkie szpaki na zimę odlatują w cieplejsze rejony. A dopiero teraz doczytałam, że nasze i owszem odlatują, ale do nas przylatują szpaki skandynawskie. Hmmm, niby człowiek sporo wie, a to zawsze jest za mało...

Kwiczoł też był z nimi przez chwilkę, ale chyba do niego zagadały po szwedzku, bo dość szybko się ewakuował i nie wziął udziału we wspólnym śniadaniu.



wtorek, 13 grudnia 2022

A więc zima!..

No i nasypało. 

Rano patrzę w okno, a tam ...





No piękny widok, nie zaprzeczę, ładnie to wygląda. Ogród mamy jak z bajki ...






Pięknie, pięknie, a nawet bardzo pięknie. Ale najpiękniej by było, gdyby można było tylko się na te widoczki pogapić. A tu trzeba odśnieżać!

Od domu do bramy mamy ok 50 metrów. Niby niewiele, ale kiedy napada pół metra śniegu, ten dystans robi się jakby troszkę większy... Co prawda za bramą droga do świata zewnętrznego zasypana była totalnie, ale mieliśmy nadzieję, że nie na zawsze.

Odśnieżaliśmy chyba ze trzy godziny, a śnieg padał i padał i padał...


A kiedy nieźle umęczeni wróciliśmy do domu, żeby w poczuciu spełnionego obowiązku wypić sobie popołudniową kawkę, okazało się że tam śniegu nasypało, a tu prąd zabrało!.. 😲

A jak u nas nie ma prądu, to nie ma niczego!..

Dobra, dobra, nie ma co się załamywać, na pewno naprawią. 

Szybki telefon do pogotowia energetycznego, a tam automat wymienia miejscowości w których śnieżyca zabrała prąd i przewidywaną porę usunięcia awarii... No i tu lekka załamka, bo miejscowości kilkadziesiąt, naszej nie ma w ogóle na liście zgłoszonych, a w wymienionych przypadkach zapowiadają kilkugodzinne oczekiwanie na naprawę. W końcu odebrał pan, zgłaszam usterkę, a pan mówi, że termin naprawy to minimum 5 godzin, osz kurczę, a tu zaraz będzie ciemno!

No dobra, znaleźliśmy gdzieś wśród kartonów w obórce kosz ze świecami, bo świec na szczęście mamy spory zapasik. Przedarliśmy się też między zaspami do naszej budki-drewutni, przytargaliśmy sobie drewna żeby napalić w kuchni kaflowej, oj łatwo się nie damy!

I kiedy już wszystko było gotowe, nagle prąd nam oddali!.. Uff! Potem jeszcze kilka razy zabierali i oddawali, no ale przynajmniej wiedzieliśmy że idzie ku dobremu, bo ktoś w tych kablach grzebie.

No cóż, to była taka mała próba ogniowa. Okazaliśmy się dość słabo przygotowani do kataklizmu, bo gdyby zabrali nam prąd po zmierzchu, mielibyśmy duży kłopot! Mądry Polak po szkodzie, więc teraz już wszystko będzie pięknie naszykowane, na wypadek kolejnego takiego wydarzenia, świece pod ręką, zapałki pod ręką, drewno do palenia kuchni pod ręką... 

No i całe szczęście, że zostawiliśmy sobie tę kuchnię kaflową i piec! Kuchnia posiada nawet dwie  fajerki, więc mogę nawet zupę na niej ugotować! 

Co prawda, nasza droga, choć podobno gminna, przez dwa dni nie była odśnieżona, ale odcięcie od świata nie wydało nam się aż tak straszne, bo zapasy jedzenia zawsze jakieś mamy, chleb piekę od dawna sama, bo okoliczne pieczywo nie nadaje się do jedzenia, byle woda była, no i ten prąd...

Słowo daję, braliśmy pod uwagę, że zimą na wsi mogą wystąpić różne dziwne zjawiska, ale kurczę, czy od razu pierwszej zimy muszą nas tak doświadczać???  Z drugiej strony może i lepszy taki próbny alarm, bo przecież zawsze może być i gorzej, a my już nie damy się tak zaskoczyć.

Ale szczerze mówiąc, zimo idź sobie już! Ja chcę wiosnę! 

sobota, 10 grudnia 2022

Jaśnie Panie Rezydentki

Już chyba czas najwyższy przedstawić bliżej trzy nasze Jaśnie Panie Rezydentki. 

Poznajcie zatem Fibi, zwaną niekiedy Owieczką.



Fibi jest przedstawicielką Pastuszków Podhalańskich, mało znanej rasy polskich psów zaganiających, pracujących obok Owczarków Podhalańskich przy wypasie owiec. Pięć lat temu została wyzwolona z ciemnej szopy, w której razem z innymi psami wegetowała, czekając na kolejny wiosenny redyk. Oglądałam filmik z tej interwencji i powiem Wam, że widok tych biednych, brudnych, zagłodzonych, skołtunionych i przerażonych psów łamie serca. W okresie zimowym nie są potrzebne do wypasu, więc bardzo często tak właśnie są traktowane: jak niepotrzebne darmozjady, trzymane gdziekolwiek, karmione czymkolwiek.

No ale Fibcia i jej towarzysze mieli szczęście. Fibi trafiła do mojej ulubionej Fundacji Pasterze, a potem już prosto do nas. 

Początkowo cichutka i nieśmiała, obecnie pełni w naszym domu aktywną rolę psa stróżująco-kanapowego, a w zależności od pory dnia, również poduszkowego. 





Ponieważ, jako pies pracujący, nie znosi bezczynności, nawet podczas wieczornego odpoczynku lubi opowiadać podhalańskie baśnie wprost do ucha...


Jest też znakomitą sygnalistką, witającą donośnym ujadaniem każdą obcą istotę pojawiającą się na horyzoncie, czy to będzie kurier DPD czy ruda wiewiórka, lub nieostrożny bażant, któremu przyjdzie do głowy nieopatrznie i nie wiadomo po co przefrunąć przez nasz płot.  

Jest też jedynym psem jakiego znam, który reaguje szczekaniem, kiedy się do niego powie "hau-hau". ;)

Fibi kocha zabawki, ale najbardziej lubi je podkradać innym, a potem ich pilnować. Pewnie pilnuje czy się gdzieś nie rozłażą, tak jak to robiły owce na hali.


Fibcia kochała bardzo, i to z wielką wzajemnością, naszego Bohunka, który odszedł od nas już ponad rok temu. Widok tej dwójki podczas zabawy rozśmieszał nas zawsze do łez:







Taka była z nich śmieszna para jak z samowara... Bardzo nam brak tych ich harców.💔

Drugą naszą rezydentką jest Aria. Tak jak już pisałam,  trafiła do nas wprost ze schroniska: brudna, chuda, zabiedzona. Ale bardzo pojętna z niej sunia. Już drugiego dnia załapała jaką rolę odgrywają w życiu psa kanapy. 




Na początku potulna i bardzo spokojna, po odejściu najstarszej naszej suni, Miluni, Aria postanowiła przejąć stery w psiej rodzince i mianowała się szefową. Ja mówię do niej odtąd Pani Sierżant.



Pani Sierżant jest bardzo czujna na psie wybryki, ale, co szczególne, bardzo rzadko dyscyplinuje swoją postrzeloną córeczkę, choćby ta rozrabiała na całego, co i owszem robi nader często. Pozwala małej wchodzić sobie na głowę z podziwu godną matczyną cierpliwością. Jednego czego nie toleruje, to zabierania sobie piłeczki lub smakołyka, ale udało jej się kiedyś raz a dobrze Vidę skarcić i w tej chwili wystarczy już jedno cichutkie warknięcie żeby mała sobie to przypomniała i się wycofała. 

Sierżant Aria bardzo pilnuje natomiast zachowania naszej Owieczki, która bogu ducha winna, dzięki swej wrodzonej nieśmiałości i delikatności, zawsze ląduje na końcu "drabiny" w naszym psim stadku. Doszło do tego że staramy się jak najmniej zwracać uwagę Fibci, bo natychmiast zjawia się jakby spod ziemi Aria, gotowa aby wprowadzić wojskowy ORDNUNG. To ci owczarka jedna! 

Na co dzień jednak żyją w zgodzie, dzieląc ze sobą miejsca na kanapach, łóżkach i fotelach, jak przystało na prawowite Jaśnie Panie Rezydentki naszego domu...



No i wreszcie trzecia, najmłodsza nasza Rezydentka i nasze oczko w głowie: straszna rozrabiaka i, jak mawia mój małżonek "pies z potencjałem", który inteligencją ma przerosnąć (kiedyś podobno) wszystkie nasze psy... 

Oto Vida, o nie przypadkowym przydomku "La Loca" ;)


O tym skąd się u nas wzięła pisałam kilka notek temu , a całą jej historię możecie znaleźć TUTAJ . Taki psi-padecek, a może raczej psia Opatrzność, która postanowiła ocalić maleńkie psie życie i umieściła w naszej rodzince to szalone lecz bardzo kochane stworzenie.

Przyznaję, że nigdy nie chciałam mieć w domu szczeniaka, nie robią na mnie wrażenia puchate kuleczki, zbyt jestem prozaiczna czy też praktyczna, dlatego adoptowaliśmy zawsze psy dorosłe, które miały już poukładane w głowie i wiedziałam mniej więcej czego się można po nich spodziewać. 

Tym razem zostałam znokautowana znienacka ;P  

Pojawiła się ta mała czarna kluseczka i postawiła mnie przed faktem dokonanym.








Kluseczka rosła jak na drożdżach, ale też wraz ze wzrostem nabierała charakterku. Porównajcie sobie te dwa zdjęcia, jak w kilkanaście dni zmieniła się jej minka, z kluseczkowatego niewinnego aniołeczka w czarnego diablito.. ;P


No i taka ona jest ta nasza Vida: słodka, choć już dawno nie kluseczka, i jednocześnie małe diablito wprost nie do ujarzmienia...

Mała skończyła właśnie 8 miesięcy i, choć z każdym miesiącem poważnieje odrobinkę, daje nam nieraz czadu, że hej! 

Ale jednocześnie obserwowanie jej to dla nas ogromna frajda. 


Pierwsze wyjście z domu na świat.


Zabawy z mamusią.


Z mamusią zawsze najlepiej.


Wielkie odkrycie: jak się łapą grzebnie, to ziemia się sypie!


Grzebiemy, grzebiemy!...


Radość życia! 


Jedzonkiem pachnie, ale im bardziej zaglądam tym bardziej jedzonka tam nie ma...


Zamiast telewizora, suszarka do prania ...


Rety, ktoś obcy wlazł do pudełka i śpiewa!

No nie da się ukryć, że radości z nią mamy co nie miara, choć tak naprawdę nie mogę się doczekać kiedy dzieciątko dorośnie i zacznie zachowywać się jak duży i mądry pies...

Nie mogę się nadziwić, że kiedyś nie mieliśmy psów! Teraz takie życie wydaje mi się zupełnie niemożliwe. Jak mogliśmy w ogóle żyć bez tych machających do nas radośnie ogonów, nastawionych uważnie w naszą stronę uszu, bez śledzących nasz każdy ruch oczu, bez psich harców, przytulasków i głasków... Bez tej wielkiej psiej miłości! 

To prawda, że każdy odchodzący od nas Psiak zostawia za sobą ogromną dziurę i bliznę w sercu, wielki ból i żal, że ONE nie żyją tyle co my. Zawsze jest tego wspólnego czasu o wiele za mało! I tego się przecież nie da zmienić, niestety.

Ale wiecie co? Im więcej tych blizn, tym więcej miejsca w sercu się robi dla następnych psiaków, mimo smutku, mimo bólu. Nie wiem co to za zjawisko. Cud jakiś, słowo daję...  






niedziela, 4 grudnia 2022

Między książkami

Po kilkunastu latach przerwy znów będziemy mieszkać razem z naszymi wszystkimi książkami!

Już jako dziecko miałam lekkiego fioła na punkcie książek i czytania. I oczywiście, jak wiele dziewczynek w tamtych latach, marzyłam żeby zostać bibliotekarką. W podstawówce po lekcjach pomagałam paniom w szkolnej bibliotece, cóż to była za frajda! Do dziś pamiętam niewielkie pomieszczenie pełne regałów i książek obłożonych w szary papier. Bardzo lubiłam chodzić między nimi, układać i przeglądać wszystkie książki, niekoniecznie przeznaczone dla dzieci. Po skończeniu studiów moje marzenie z dzieciństwa wreszcie się spełniło i sama stałam się na kilka lat panią bibliotekarką, w wydziałowej bibliotece. Najcudowniejsze moje zawodowe lata!

Jakoś nigdy nie przekonałam się do czytania książek w formie elektronicznej. No nie i już. Nic nie jest w stanie zastąpić mi dotyku, zapachu czy szelestu kartek. Uważam że książka papierowa ma swoją książkową "duszę", której pozbawiony jest elektroniczny tekst na czytniku, choćby był najlepszy. No taka już zacofana jestem, w niektórych dziedzinach wprost nieuleczalnie.

Oczywiście ta miłość do książek miała i nadal ma odzwierciedlenie w manii ich posiadania. W tak zwanej wczesnej młodości mieszkaliśmy z trójką dzieci w dwupokojowym mieszkaniu. Bardzo to było fajne mieszkanko, ale miejsca w nim nie było już na nic. Dzieciarnia zajmowała jeden pokój a my i nasze książki drugi. Dzieci zresztą też szybko obrosły w książki, bo to u nas rodzinne. Całe nasze mieszkanie było zagracone po brzegi. Ściany pokoju zakryte były półkami, a na półkach mieszkały nasze książki. Teraz wspominam te lata z lekką nostalgią, ale pamiętam też, że pod koniec było nam naprawdę ciasno. Ale, choć nie było już w domu miejsca na nic, zawsze udawało się upchnąć na półkach jakiś kolejny tomik.

Kiedy szesnaście lat temu udało nam się przeprowadzić do dużego domu, nareszcie trochę się rozgęściliśmy. Każde z nas dostało swój pokój, oprócz tego był tam salon, nasza, czyli rodziców, sypialnia, garderoba i osobna biblioteczka. Wszystkie niemal nasze książki wylądowały właśnie w tym ostatnim pomieszczeniu. Nie wiem właściwie czemu, ale wydało się nam to najlepszym rozwiązaniem. I tak sobie mieszkaliśmy przez lat kilkanaście, z dala od naszych starych książek, które na najwyższym piętrze domu żyły sobie swoim własnym życiem, trochę jakby w zapomnieniu. Z czasem pojawiły oczywiście się nowe książki, które z lekka zawładnęły naszą codzienną przestrzenią w salonie. Później odziedziczyliśmy też dość pokaźny księgozbiór Rodziców i kolejne tomy zamieszkały z nami. 

No a teraz historia zatoczyła kółeczko i po szesnastu latach znów przyszło nam zamieszkać w dwóch pokojach. Nasze książki przywędrowały oczywiście tutaj z nami. I dopiero teraz poczuliśmy jak bardzo się za nimi stęskniliśmy! 

Przez trzy miesiące, odkąd tu mieszkamy, kilkadziesiąt kartonów z książkami czekało na wypakowanie, ulokowane bezpiecznie pod dachem, w naszej sypialni. No ale doczekaliśmy się! 

Oto wreszcie powstał on: REGAŁ! 




Regał rósł powoli, przez dwa czy trzy tygodnie, a my cieszyliśmy się z niego jak dzieci! 

Niestety, nasz salon, który wcześniej wydawał się całkiem sporym pokojem, nagle stał się mały... ale za to całkiem przytulny! 

No i, co najważniejsze, wszystkie nasze książki zmieściły się na półkach, choć mieliśmy co do tego wątpliwości.  Powiedziałabym nawet, że zostało nawet jeszcze troszkę wolnego miejsca na jakieś ewentualne drobne zakupy :)  W najgorszym razie, można przecież zawsze ustawić książki w dwóch rzędach...

Wypakowanie wszystkich książek zajęło nam chyba ze trzy dni, ale i tak nie udało się ich od razu sensownie poukładać, więc czeka nas jeszcze niezła robótka. Ale za to ile przyjemności!

To niesamowite uczucie kiedy odkrywa się na nowo książki dawno zapomniane, dawno  przeczytane, albo takie które od lat na przeczytanie czekają. Nudzić to się tu na pewno nigdy nie będziemy!

Odnalazłam kilka książek z mojego dzieciństwa, a najbardziej, w sumie nie wiem czemu, ucieszyła mnie gruba, stara księga baśni, którą uwielbiałam jako dziecko i tyle razy przeczytałam, że wiele z tych baśni pamiętam do dziś. 


Książka jest stareńka, nawet starsza ode mnie! Nie pamiętam co prawda od kogo ją dostałam, już używaną, ale była ze mną przez wiele lat. Zresztą jest porządnie "wyczytana", co da się zauważyć. Te numerki to zdaje się pozostałości po mojej zabawie w domową bibliotekę, no niestety, mała byłam. Jako duży człowiek już nigdy nie pisałam po książkach. Nienawidzę też podkreśleń i dopisków!

No i oczywiście odnalazła się moja ukochana Ania z Zielonego Wzgórza, pierwsza w całości samodzielnie przeczytana przeze mnie książka. "Odnalazła się" to w sumie złe określenie, bo nigdy się  nigdzie nie zapodziała. Jest ze mną od zawsze i zawsze wiem gdzie! :)


Mamy dużo takich starych wydań, oraz późniejszych, z lat peerelowo-kryzysowych, drukowanych na gazetowym papierze, ale, o ile niektóre z nich mogłabym mieć w ładniejszym, nowszym wydaniu, to akurat "Ania" podoba mi się tylko ta. Ma najpiękniejsze ilustracje i w tych stareńkich płóciennych okładkach jest nie do zdarcia! Oczywiście mam wszystkie tomy, ale te trzy pierwsze są najważniejsze. Nie wiem ile razy je czytałam. Pięćdziesiąt? Sto? W każdym razie wystarczająco dużo aby znać je niemal na pamięć. Pewnie każdy ma takie książki, nie mam pojęcia jak to jest u tzw. dzisiejszej młodzieży, ale "za moich czasów" książki były w życiu ważne.

Tak naprawdę dopiero teraz, siedząc wśród półek pełnych naszych książek, poczuliśmy się jak u siebie w domu.  Te książki to przecież nasze wspomnienia, nasza przeszłość i nasze życie.