sobota, 20 stycznia 2024

Zimowe uciechy.

Styczeń śmignął mi szybko jak nigdy dotąd. Pewnie dlatego, że zaczęłam doceniać zimowe uciechy i radości z życia na wsi. Nie, nie będę kłamać że w c a l e  nie czekam na wiosnę, owszem, wystarczy tylko przejrzeć sobie kilka majowych fotografii, żeby poczuć znajome motyle w brzuchu... ;) 




Nie da się ukryć, że tęsknię do moich roślin i rabatek. Oglądam więc sobie zdjęcia i filmiki, które nagrywam w sezonie co jakiś czas (głównie żeby pamiętać co gdzie posadziłam ;), zastanawiam się jak w tym roku będą rosnąć moje ulubione (czyli wszystkie!) byliny, przyglądam się zasypanym śniegiem po same  uszy hortensjom planując wiosenne ich przycinanie, no po prostu bakcyl nie śpi!

Ale. No właśnie. Ale jednak jak cudownie jest zanurzyć się w zimowej, lekko leniwej atmosferze, kiedy człowiek nic nie musi, poza tym na co ma ochotę! Dni upływają na spacerach, rozmowach, robótkach, same uciechy i przyjemności!





Zimowe pejzaże niezmiennie mnie zachwycają. Nasze "dzikie pola" zmieniły się jak co roku w wielkie lodowisko. Wiosną będzie tu ocean.




Saren jest w okolicy dużo, czasem je spotykamy, ale dobre zdjęcie to rzadkość. Te dwa zrobiłam z okna samochodu, bo mniej się boją aut niż ludzi. 

Jedną z większych zimowych uciech jest dla mnie jednak nadal sterczenie przy oknie i podglądanie gości, którzy odwiedzają nasze karmniki. Cieszę się jak głupia z kolejnych wizyt rudzika czy zięby, ostatnio przyleciały też gile i dzwońce, a dziś pierwszy raz w tym sezonie widziałam też czyżyka. Oczywiście staram się przy tym oknie sterczeć z aparatem w ręku, bo jakżeby inaczej!

Teraz oczywiście nastąpi nieunikniony wysyp fotek, żeby nikt nie zapomniał, że jestem ptasią fanatyczką. I naprawdę cieszcie się, że wklejam tylko tyle, bo mam tych fotek setki i jeśli wreszcie nie zabiorę się za ich uporządkowanie, to niedługo mnie też przysypią!

Na początek rudzik, który wreszcie zechciał mi zapozować:


Piękna z niego ptaszynka, przylatuje codziennie, ale bardzo płochliwy jest i czujny. 





Druga wiercipięta, której uchwycenie wydawało mi się niemożliwe, to sikorka czubatka. A jednak wreszcie udało się! 


Jest malutka i bardzo zwinna, no i ciągle się gdzieś spieszy.


Poniżej zięby




a tu łobuzerskie kowaliki, które nie ustają w próbach rozwalenia daszku wiekowego i tak karmnika, czego nie udało mi się jeszcze uwiecznić, ale zrobię to na pewno!


Ta na górnym zdjęciu to pani kowalikowa, bo małżonek (na dole) ma bardziej pomarańczowy brzuszek.



Poniżej pani gilowa, która przylatywała do nas przez kilka dni sama, bo widać jest od męża odważniejsza.





Pan gil się z początku trochę czaił i widywałam go tylko z daleka...



Ale odkąd spróbował darmowego prowiantu, przylatuje codziennie i opycha się bez żenady: 




Z charakteru to bardzo czupurne ptaszki! Nie lubią towarzystwa przy stole!

Z kolei dzwońce, które wiosną były najbardziej chuligańskimi ptaszkami w naszej stołówce, teraz nabrały ptasiej ogłady i nie odganiają innych ptaków, tylko wspólnie z nimi wyjadają ziarenka.


Na fotce powyżej widać dobrze w jakich ja trudnych warunkach muszę robić zdjęcia, nie dość że przez szybę i siatkę w oknie, to jeszcze chować się muszę za dużym kaktusem który przy oknie stoi, żeby ptaszyska się mnie nie bały!




Oczywiście jak zawsze, pierwsze skrzypce w karmnikach grają bogatki i modraszki, oraz nasze ulubione polne wróbelki czyli mazurki. Wszędzie ich pełno.


Bardzo je lubię. Śliczne są. 





A ta sikorka poniżej to sosnówka. Ma taką zabawną "łysinkę" z tyłu na szyi.


Kilka razy zajrzał też do nas grubodziób. Mam nadzieję że będzie wstępował częściej...



W tym wielkim ruchliwym ptasim tłumie dostrzegłam dziś nowego gościa. Myślę że to czeczotka brązową. Chyba jej się u nas spodobało, bo pierwsza wizyta trwała dosyć długo. 
Liczę że i ona będzie u nas często!




Chętnie dokarmiałabym też mieszkające w naszej okolicy bażanty, bo spotykamy je codziennie, w tym roku jest ich pięć. No ale nie dokarmiam ze względu na psy, które mogłyby im zrobić krzywdę, bo choć ptaszyska latają, to jednak pogonione uciekają najpierw na piechotę i to w tempie zaiste ślamazarnym, nie miałyby szans przy sprincie Vidy, niestety. Co rano więc rozglądamy się bacznie i zapobiegawczo przeganiamy te piękne ptaki z ogrodu, bo lubią do nas zaglądać. 



A, i jeszcze jednego sąsiada spotkaliśmy niedawno, ale chyba opowiem o nim w następnej notce, bo ta już się zrobiła trochę przydługa. 

To na koniec jeszcze fotka sójki, która też nas często odwiedza, płosząc za każdym razem całe drobnicowe towarzystwo. Śliczny ptaszor. Patrząc na te niebieskie plamki zawsze podziwiam kunszt Matki Natury, która tak pięknie i precyzyjnie potrafi pomalować ptaszkom piórka, że wyglądają jak prawdziwe arcydzieła!




sobota, 30 grudnia 2023

O zimowych wannach i nalocie ze Wschodu


Trzeba przyznać, że zażyczyłam sobie śniegu na Święta i śnieg był! Zapomniałam tylko uściślić, że CAŁE Święta mają być białe a nie tylko Wigilia, więc za późniejszy nagły wzrost temperatury biorę na siebie. Jak się już wypowiada jakieś życzenie, trzeba to robić PRECYZYJNIE!

Dobrze, że udało mi się zrobić na pamiątkę fotkę, nocną co prawda, więc mało co widać, no ale niby jaką fotkę miałabym zrobić w wigilijny wieczór? Widać że był śnieg? Widać!

Końcówka grudnia przypomina w zasadzie już początek wiosny i z jednej strony chciałoby się już tę wiosnę mieć za progiem, a z drugiej jednak myślę: stop! nie nacieszyłam się jeszcze wannami wolnego czasu, które mam do dyspozycji w długie zimowe popołudnia. Wyjaśnić pragnę tutaj, że "wanna" to jednostka czasu wolnego, której model co prawda nie leży w Sevres pod Paryżem, ale na pewno gdzieś leży! Jednostka ta powstała wiele lat temu dzięki inwencji pewnej internetowej grupy dyskusyjnej i z powodzeniem służy do określania ilości istniejącego, bądź tylko wymarzonego czasu, który poświęcić można całkowicie na rozwijanie własnych pasji i innych podobnie niezbędnych czynności.

No więc z upodobaniem korzystam z zimowych wanien wolnego czasu, przędę niteczki, rozmyślam sobie o szydełkowym kocyku z własnoręcznie uprzędzionej wełny (chociaż trochę się jeszcze muszę w tym przędzeniu podszkolić), drutuję następne skarpetki, tym razem dla Córeczki, planuję kolejną swetrową kieckę, no i w ogóle pławię się w luksusie nie spieszenia się i nic-nie-muszenia. Trzeba  przyznać, że boski ten luksus.

Oczywiście nie zaprzestałam zupełnie myślenia o ogrodzie, bo plany na nadchodzący sezon mam jak stąd do Szczecina. I choć wiem z góry, że zrealizuję tylko ich część (oby choć sporą!), to i tak jest nad czym się zastanawiać.

Ptaszki w karmniku dopisują od samego świtu do zmierzchu. Kiedy się rano za bardzo spóźniam z dosypaniem ziarna do karmników, sikorki siadają na okiennych siatkach i wypatrują nas zza szyby. Czekam kiedy zaczną mnie ponaglać bębnieniem w okna!


 do zeszłorocznej ptasiej paczki dołączyły w tym roku sójki, rudzik i sikora czubatka, z której wizyt się bardzo cieszę, bo nigdy jej przedtem z bliska nie widziałam.

Niestety, i czubatka i rudzik przylatują tylko w pojedynkę, więc ciężko jest je upolować aparatem, bo oba ptaszki są bardzo ruchliwe. Tylko rudzika udało mi się dotychczas sfotografować. Na czubatkę się zasadzam, ale małpa czujna jest i bardzo zwinna. Wpada po ziarenko i zaraz wypada. Więc póki nie przyprowadzi rodziny, to marne mam szanse na sukces.


Na pocieszenie jednak, od kilku dni odwiedzają nas tłumnie przecudnej urody jemiołuszki. 

Prawdziwy jemiołuszkowy nalot ze Wschodu!








Jak się dobrze przyjrzeć powyższej fotce, człowiek zaczyna rozumieć skąd tyle jemioły rośnie na okolicznych drzewach. Wysiew nasion jest wprost masowy!


Śliczne te ptaszki obsiadły wczoraj naszą starą lipę i wiecie co? fajnie, że nie parkuję już pod nią samochodu...


Za to stoi pod nią teraz nasz garaż i słychać było głośne i dość regularne "pac" pac" "pac" o blaszany dach...


Z doświadczenia wiem, że owoce jemioły kleją się niczym najlepszej jakości butapren, robiłam kiedyś jemiołową maść i rozmieszanie tego klajstru było prawdziwym wyzwaniem, więc nawet nie chcę się zastanawiać nad tym jak się go zeskrobuje z samochodu. Dobrze że nie muszę...

Tymczasem po pierwszych roztopach rojsty za płotem zmieniły się w wielkie jezioro...


Na zdjęciu było jeszcze trochę śniegu i lodu, ale dziś stoi tu woda. A to przecież dopiero początek, bo pewnie śniegu jeszcze napada do końca zimy, a potem się pięknie wszystko znów roztopi. Szykują nam się niezłe wiosenne widoki, bo mam nadzieję że dzikiemu ptactwu też się te rozlewiska spodobają!