Miałam pokazać wiosenne grzybki, które poznaliśmy niedawno. Są dość niezwykłe, zupełnie niepodobne do innych, znanych nam jadalnych grzybów. W dodatku są też śliczne.
A znajduje się je tak:
Idziesz sobie leśną dróżką, wśród liściastych drzew i widzisz nagle, że spośród suchych liści i traw zerkają na Ciebie z ukrycia czerwone oczka...
Rosną na butwiejących gałęziach drzew.
Czytałam, że można je jeść na surowo i że smak przypomina podobno rzodkiewkę. Spróbowałam, ale chyba jednak wolę rzodkiewkę. :) Podsmażyłam je więc z cebulą i całkiem fajne były. Inne od tych bardziej znanych grzybów, ale też smaczne! Tyle że są malutkie, więc trzeba by naprawdę dużo nazbierać, żeby się nimi najeść :D
Zawsze chciałam poznać te "mniej konwencjonalne" grzyby, bo choć nie przepadałam nigdy za zbieraniem grzybów w ogóle, to jednak jeść je lubię. A na pewno warto je znać, zwłaszcza że rosną tuż obok nas, tak jak innych wiele darów natury, z których nie umiemy korzystać tylko z powodu naszej niewiedzy. Myślę sobie, że grzechem byłoby żyć wśród tych wszystkich skarbów i nie spróbować ich wykorzystać.
Nota bene, jesienią zbieraliśmy też inne, bardzo "niekonwencjonalne" grzyby, żeby wypróbować ich działanie lecznicze. Mówię tu o amanitach (łacińska nazwa amanita muscaria), zwanych muchomorami i okrzykniętych przez tzw. media dla mas grzybami trującymi. Wystarczy nieco głębiej poszperać w necie oraz ogólnodostępnej literaturze, aby przekonać się, że w żadnym stopniu nie są to grzyby trujące. Amanita ma za to wiele zastosowań leczniczych, nastawiłam sobie więc z niej wyciągi żeby ukręcić przeciwbólowe mazidła, ususzyliśmy też trochę czerwonych kapeluszy, żeby wypróbować tzw. mikrodawkowanie i jego zbawienny wpływ na układ krwionośny i nerwowy. Przyznam, że ja szczególnych zmian w samopoczuciu nie zauważyłam, ale mój Małżonek kurację tę sobie chwalił, a zwłaszcza jej wpływ na poprawę wzroku i pamięci.
Na powyższej fotce widać jak pięknie suszyły się zebrane jesienią czerwone kapelusze. Przed użyciem trzeba je bowiem w odpowiedniej temperaturze ususzyć, a potem pozbawić szkodliwych substancji przez trzymiesięczne "kurowanie" w suchym i ciemnym miejscu. Szczegóły tych procedur są do odnalezienia w necie.
A wracając do wiosennych zbiorów, kilka dni temu ogołociłam nieco z kwiatów piękny krzew forsycji. Na szczęście nie odbiło się na jej urodzie :)
Pierwszą partię kwiatków niestety zmarnowałam, z winy zbyt "inteligentnego" piekarnika, w którym chciałam ususzyć je w temperaturze 30 stopni. Okazuje się że pan piekarnik ma zabezpieczenie i nie chce grzać przy otwartych drzwiczkach, a przy zamkniętych, nawet w tych 30 stopniach zrobiło się z kwiatków błotko. Druga partia suszy się w temperaturze pokojowej i zrobię z niej nastawy alkoholowe oraz olejowe maceraty.
Kwiaty forsycji zawierają między innymi dużą porcję rutyny, oraz kwercetynę i antocyjany. Wyciągi z niej można stosować przy stanach zapalnych, w leczeniu cukrzycy i alergii.
Od paru lat fitoterapia bardzo mnie fascynuje, choć wiem wciąż o niej niewiele, to staram się w miarę potrzeb tę wiedzę pogłębiać. Nareszcie mam też większy dostęp do surowców, bo jak się dobrze rozejrzeć, to większość roślin w moim ogrodzie oraz najbliższych jego okolicach ma jakieś działanie lecznicze. Przyroda ma dla nas wiele darów, trzeba tylko umieć z nich skorzystać.
W tym roku wreszcie zdążyliśmy zebrać też w odpowiednim momencie kwiaty leszczyny. Te kwiaty to chyba jeden z pierwszych objawów wiosny, bo pokazują się już pod koniec stycznia!
Zrobiłam z nich syrop na miodzie, będzie czekał w piwnicy do jesieni, żeby wspomóc nas przy ewentualnych przeziębieniach.
Leszczyn rośnie u nas dużo, mamy kilka w ogrodzie, a za płotem cały leszczynowy lasek. Co prawda orzechowego pożytku z niego raczej nie ma, bo wiewiórki zawsze zdążą przed nami nazbierać sobie zapasów na zimę, ale przynajmniej możemy skorzystać z pączków i kwiatów.
Mimo tej mnogości leszczyn dookoła, zawsze marzyła mi się jeszcze jedna odmiana, taka śmiesznie pokręcona, leszczyna contorta. Odwiedziłam jakiś czas temu ogrodnicze centrum w okolicy, niby że w poszukiwaniu pierwszych wiosennych bratków do posadzenia w donicach, ale tak naprawdę przyznam się że to był pretekst, bo chciałam zobaczyć czy będę miała jakieś nowe ulubione miejsce do zaglądania przy okazji wizyt w tzw. mieście. No i owszem, będę miała. Nie wiem czy się cieszyć z tego powodu, czy płakać ;) Sklep jest całkiem nieźle zaopatrzony, jest na czym oko tęsknie zawiesić, a przecież byłam tam niemal przed sezonem, w połowie marca! No i ceny też nie wydały mi się tragicznie wysokie. Bratki zakupiłam, przejrzałam z grubsza wystawione rośliny, no i oczywiście trafiłam na nią ...
Co prawda mało profesjonalny wydał mi się napis "leszczyna kręcona", a jeszcze dziwniejszy ten na drugiej doniczce, bo jak w sklepie ogrodniczym można sprzedawać bez? Bez czego? Krzew zwany popularnie bzem tak naprawdę nazywa się lilak, a przecież i odmian też ma bez liku, więc kto kupi takiego kota w worku? (No chyba że to był czarny bez, zwany dzikim, ale w sumie wypadałoby to też napisać na tej tabliczce). No dobra, może się czepiam, ale w pewnych sprawach lubię konkrety i dokładność.
Dla porządku pragnę dodać, że nie od razu zakupiłam kręconą leszczynkę. Wróciłam do domu, pooglądałam odmiany w necie, obejrzałam oferty w internetowych sklepach i powiedziałam sobie, że jeśli przy następnej wizycie leszczyna będzie tam na mnie czekała, to ją kupię.
Czekała. Dziś już mieszka na moim tarasie.
Chwilowo w donicy, bo jeszcze nie zdecydowałam gdzie dokładnie ją posadzę. Mam do uporządkowania spory kawałek ziemi tuż obok domu, jak to ogarnę to być może tam właśnie trafi.
A wracając jeszcze na moment do centrum ogrodniczego, uśmiałam się nieźle przyjrzawszy się stojącym przy kasie roślinkom oferowanym do zakupu.
Wyglądają niewinnie i pięknie, ale to jedne z gorszych chwastów z jakimi miałam do czynienia! Te szczawiki jak się już gdzieś zadomowią, to są nie do usunięcia. Rozsiewają się jak szalone, mają długaśne i bardzo mocne korzonki, u mnie zarosły większość doniczek z kaktusami które wystawiamy co roku wiosną na dwór. Nie da się ich pozbyć bez wywalenia całej ziemi z doniczki. A jak się wplącze w jakąś delikatną roślinkę w ogrodzie, to umarł w butach, tragedia!
Moje wielkie gratulacje dla osoby która to sobie zakupi i z własnej woli zaniesie do domu!
Jak widać, o roślinkach też mogę pisać bez końca. Tak już mam, niestety. Mogę też o nich bez końca rozmawiać i czytać. Na dowód pokażę moje zbiory ogrodowych gazetek, które ostatnio porządkowałam. Kupowałam je lata temu, nigdy nie umiałam się ich pozbyć (w przeciwieństwie np. do gazetek robótkowych), a ostatnio dostałam kolejną ich porcję od mojej Cioci, również szalonej ogrodniczki i nagle zrobiło się tego tyle...
Na szczęście sporo numerów było podwójnych, bo kupowałyśmy je z Ciocią w tych samych latach. Odłożyłam więc sporą kupkę do oddania i już nawet znalazłam chętnych. No ale i tak mam tego duuużo... Ale czy za dużo? Nieeee.....






.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Patrzaj, ja też spotkałam czerwone grzybki, ale nie wiedziałam, że są jadalne. Znalazłam tylko trzy, tak że i tak nie pojadłabym. Ale są ładne.
OdpowiedzUsuńMoże do czegoś przyda Ci się informacja, że dereń plecie się lepiej niż wiklina. Przycięłam swój, w ogrodzie, i uwiłam wianek!
Pewnie że się przyda, dzięki! Mam starego derenia do przycięcia, wykorzystam go. Mam też co prawda całe mnóstwo wikliny, dość starej bo sprzed półtora roku, nie miałam czasu się nią zająć ale mam dużą nadzieję że niedługo zrobię sobie z niej choć płotek...
UsuńA nie plocisko na 2 metry? Przeciwpsowe....
UsuńAz tyle to jej nie mam. Zresztą pies jakby odpuścił ucieczki tfu tfu ... Moze już zasieki ie będą potrzebne.
Usuń