O zaskrońcach już tu opowiadałam. Jest ich u nas cała masa. Trochę się obawialiśmy, że obecność psów je wystraszy i że się od nas wyprowadzą, ale nie. Psy co prawda dostają na ich punkcie prawdziwie wężowej histerii, szczekając wniebogłosy na ich widok, ale na szczęście nie są na tyle szybkie żeby któremuś zrobić krzywdę. Szczególnie czujna jest Fibcia, która widzi i słyszy je z daleka. Ba, słyszy nawet szelest przesuwającego się węża pod tarasem! Kiedyś myślałam, że oszukuje, ale okazało się że jest naprawdę czujna. Ale o tym za chwilę.
Zaskrońce mają w ogrodzie swoje ulubione miejsca. Wiadomo, że jak jest słonecznie, to wygrzewają się na słońcu i można je spotkać prawie na każdym kroku. Lepiej patrzeć uważnie pod nogi...
Poniżej stary pień wierzbowy, ulubiona plaża zaskrońców i jaszczurek.
Tu się trochę zdziwiłam, że można wygodnie się wylegiwać na iglaku...
Stary kompostownik to chyba prawdziwe wężowe siedlisko. Nie zdziwiłabym się gdyby założyły tam gniazdo, bo często widujemy ich kilka na raz, a uciekając przed ciekawskim spojrzeniem wchodzą w głąb, w wydrążone przez siebie korytarze.
Co to będzie za widok, kiedy się wyklują i wszystkie naraz postanowią się poopalać!
W nowym kompostowniku również sobie siedzą, ale akurat żaden nie zechciał mi zapozować, jeden z nich odwrócił się do mnie ogonem.
Za to z boku kompostownika wisiała sobie wylinka, jaką któryś z nich zostawił po sobie. Jedną widać też na zdjęciu powyżej.
Tzw edit: dokładam jeszcze jedną fotkę, następnego dnia znów tam zajrzałam i tym razem jeden z tamtejszych rezydentów chętnie mi zapozował:
Generalnie zaskrońców nie ma się co bać, więc się ich nie boję, bo są zupełnie niegroźne. Są natomiast naprawdę piękne. Potrafią jednak przyprawić człowieka o palpitację serca, uciekając niespodziewanie spod nóg w ogrodzie, albo, na przykład z worka, z którego człowiek chciał sobie nasypać ziemi do donicy...
Coś takiego spotkało mnie kilka dni temu właśnie i naprawdę bardzo się cieszyłam, że nie sięgałam gołą ręką do tego worka... Była tam tylko resztka ziemi, więc wytrząsnęłam ją do doniczki, a razem z ziemią wytrząsnęłam wielkiego zaskrońca, który oczywiście natychmiast zwiał. Zdążyłam jednak podskoczyć z wrażenia i upuścić worek, a worek zaczął się jakoś dziwnie ruszać, bo jak się okazało, w środku siedziały jeszcze dwa ... 😎
Nie, no nie boję się zaskrońców, ale mogłyby człowieka nie straszyć!
To jednak okazało się niczym, w porównaniu z wizytą jaką jeden z nich postanowił złożyć nam w domu...
Wiosną i latem mamy zawsze otwarte drzwi na taras, no wiadomo, ciepło jest, psy wciąż wchodzą i wychodzą, my zresztą też.
Któregoś dnia Fibcia dostała tej swojej wężowej histerii na tarasie i co chwila zanosiła się szczekaniem, a my, przekonani że znów słyszy szelesty pod tarasem, nic sobie z tego nie robiliśmy. Okazało się że psina miała rację!
Przed wieczorem siedzimy sobie w salonie, aż tu nagle Aria podskoczyła do góry i zaczęła szczekać w stronę regału obok którego wcześniej leżała. Nic nie było tam widać, ale kiedy poświeciłam latarką, zobaczyliśmy sporego zaskrońca który wcisnął się między dolną półkę a ścianę. Jest tam taka kilkucentymetrowa przerwa, w sam raz na węża...
Od razu uprzedzam, że nie mam fotek. Wpadliśmy wszyscy razem w wężową histerię, kombinując jak tu wyjąć niespodziankę zza regału. Dodam, że regał ciągnie się przez obie ściany, jest zapełniony książkami od góry do dołu, a przede wszystkim jest nieruszalny, bo wbudowany na stałe!
Tu dla przypomnienia fotka naszego regału.
Ta kilkucentymetrowa przerwa za dolną półką ciągnie się pod całym regałem, więc oczami wyobraźni widziałam już jak ganiamy biednego węża od jednej ściany do drugiej, uważając jeszcze żeby nie prysnął nam gdzieś w bok, pod kanapę...
Na szczęście nie było aż tak źle. Biedny zaskroniec też był chyba nieźle wystraszony, bo nie drgnął kiedy opróżnialiśmy dolną półkę z książek i odsuwaliśmy kanapę. Szanowny Małżonek uzbroił się w rękawicę oraz kartonowe pudełko i wyjąwszy węża zza półki wyniósł go do ogrodu...
Ufff...
Mam nadzieję że nie będą nam więcej składać wizyt domowych, stanowczo wolę spotykać je w ICH środowisku!
A swoją drogą, musimy chyba baczniej słuchać co nam Fibcia mówi, bo na czym jak na czym ale na wężach to się Fibcia zna!







Unikam spotkan z jegomosciami co maja za duzo albo za malo nog (na pajakach koncze ilosc nog do lubienia ;) ). W Nigerii przychodzily (!!) weze do ogrodu chyba pic wode pod kapiacym kranem. Ogrodowe weze, cos jak zaskronce, niestety personel domowy szedl i mordowal i nie bylo na nich rady. Ja nie robilam nic, jak wychodzilam i akurat jakis byl, to czekalam az sobie pojdzie. Ale u Was duzo tego jest i pewnie mialabym palpitacje, jakbym takie w worku spotkala, a w domu to rzeczywiscie nie wiadomo co robic....a psa zawsze trzeba sluchac, bo wie lepiej!
OdpowiedzUsuńOdpowiednio się uprzednio nastawiwszy, można palpitacji uniknąć. W ogrodzie. Ale w domu to już całkiem inna historia. Dobrze że drzwi do sypialni mamy na ogół w ciągu dnia zamknięte! Nigeryjskie to pewnie jakieś większe były. Nie wiem czy bym się nie bała jednak...
UsuńMale byly. Ale przyjaciele, po powrocie skades wieczorem, zaparkowali, wyszli z auta i przechodzac z garazu do domu przeszli przez prog wedle ktorego lezal worek. Mysleli, ze to zwykly worek stroza. Okazalo sie, ze oboje plus dwoje dzieci, przeszli nad kobra. Ktora zaczela wylazic z worka jak znajomy wlasnie przechodzil (dodam, ze zarowka w garazu to chyba byla dwudziestka!), zauwazyl, na szczescie jakims dragiem ruszyl. potem wyrok i egzekucja nastapila....
UsuńCiekawe czemu w worku siedziała. Ale żeby zaraz egzekucja... :(
Usuń