Trzeba przyznać że jesień w tym roku mamy cudną. Co prawda przymrozek tradycyjnie zdążył skosić już prawie wszystkie kwiaty, fryzurki większości drzew już mocno przerzedzone, ale dni są wciąż wyjątkowo piękne. Nie pamiętam takiego października.
W każdym razie, jest czym oko nacieszyć na naszych porannych psich spacerkach:
Czy słoneczny, czy zamglony, czy nawet lekko przymrożony, ten jesienny krajobraz potrafi człowieka zauroczyć. Lubię te nasze widoczki.
Chodzimy sobie też czasem na spacer na wystrzyżone rojsty.
Jak widać, ptaki nie przejęły się wcale zanikiem krzaczorów. Na szczęście bajorka się ostały (a przecież po zimie będą o wiele większe), więc i ich mieszkańcy nie musieli się wyprowadzać.
Rodzinka tutejszych łabędzi jest o wiele większa, ale nie chciały pozować i tylko jeden pozwolił pstryknąć sobie fotkę z bliska, choć, jak widać, nie był raczej zachwycony naszą obecnością.
Czapli też było tam więcej, ale jakieś takie mało chętne są do współpracy. Ledwo jedną udało mi się "złapać" w locie.

Bywają jeszcze tak ciepłe dni, że udaje nam się jeść posiłki, czy usiąść przy południowej kawce na werandzie. Przyglądamy się wtedy ptakom buszującym w okolicznych krzakach i w zawsze u nas pełnych karmnikach.
Do stałych bywalców naszej stołówki dołączyły ostatnio kowaliki, które pojawiły się okolicy.
Nasza znajomość zaczęła się dość niefortunnie, a to za sprawą świeżo umytego okna, które zupełnie niepotrzebnie postanowiłam przywrócić do stanu przejrzystości. Nie minęło pięć minut, a rozległo się głośne pacnięcie w szybę. Pobiegłam czym prędzej na dwór i znalazłam kowalikowego jegomościa z otumanioną minką. Ptaszynka na szczęście szybko doszła do siebie, posiedziawszy sobie chwilkę w bambusowej klateczce ochrzczonej przez nas ptasim SOR-em.
Po krótkiej rekonwalescencji, kowalik dziarsko poleciał w dal, ale od tego dnia zaczął pojawiać się u nas codziennie. Chyba mu się u nas spodobało. Początkowo zaglądał rzadko i bardzo nieśmiało, łapał ziarenko i zmykał, potem poczuł się widać swobodniej, bo jest teraz już stałym, codziennym bywalcem naszej werandy.
Ściślej mówiąc, stołuje się u nas co najmniej parka kowalików, ale jak dotąd nie udało mi się chwycić obu naraz na zdjęciu. Zresztą i tak cieszę się, że siedząc na werandzie, w odległości dwóch czy trzech metrów od karmnika, udaje mi się fotografować naszych skrzydlatych stołowników. Siedzą sobie i jedzą, lulek co prawda nie palą, ale w ogóle się nie przejmują naszą obecnością. Jeszcze chwila i zaczną nam wyjadać obiad z talerzy!
Szczególnie śmiałe są bogatki, które rozrabiają na werandzie od świtu do zmierzchu. Jakiś czas temu odkryliśmy, że to nie myszy zniszczyły nam fotelowe poduchy, tylko właśnie te żółto-zielone łobuziaki! Niniejszym bardzo przepraszam niesłusznie posądzone myszki! Te dziury w poduszkach i porozrzucana codziennie na werandzie gąbka to wcale nie były mysie sprawki!
Już nie wspomnę o przedziurawionym na wylot spodzie karmnika, który bogatki systematycznie rozdziobują, zapewne w zemście za braki w dostawach (służba zaspała rano i nie zdążyła dosypać ziarna!). Łobuzy i już! Przyznam, że zdarza mi się krzyczeć na nie przez okno kuchni "a sio!", kiedy przyłapię je na jakiejś szkodniczej robocie. Nie pomaga to na długo, o nie.
Ostatnio bogatki próbują też wybadać czy nasz dom nadaje się dla nich do zamieszkania na zimę. Łobuzy włażą do środka przez uchylone okna, pomimo zawieszonych w nich moskitier! Wystarczy tylko niewielka szpara między siatką a framugą i voilá! Już nie zliczę ile razy w tym miesiącu wypuszczałam sikorkę z domu, sześć czy siedem na pewno! Doszło do tego, że staram się wietrzyć dom dopiero po zmierzchu, kiedy już wiem, że łobuzy poleciały spać!
Raz tylko jedna sikorka zrobiła dobry uczynek i uratowała mnie przed inwazją pająków, której się zupełnie nie spodziewałam, wystawiając na werandę pudełko zaklejone dziwną niby-pajęczyną, a która okazała się być pajęczym gniazdem. W dodatku było w nim mnóstwo malutkich pajączków, skąd ona to wiedziała? No widać zna się na pająkach lepiej niż ja...
Zobaczyłam przez okno z jaką zaciętością dobiera się do tego zaklejonego czegoś i dopiero wtedy pojęłam, że te wszystkie malutkie słodkie pajączki, które wybiegły z gniazda stając się natychmiast ptasim obiadem, za parę dni wybiegłyby radośnie wprost za mój regał w sypialni, bo właśnie w sypialni składowałam przez kilka dni wszystkie pudełka zniesione ze strychu. Nie chcę nawet myśleć co by było gdyby zdołały się tam zadomowić i porządnie urosnąć!
No dobra, to już niech sobie dziobią bogatki te fotelowe poduszki i rozrabiają do woli na werandzie!
A wracając do okien i pacających w nie ptaków, wpadłam na genialny pomysł, żeby jednak móc czasem umyć jakąś szybę bez wyrzutów sumienia. Zakupiłam siatkę okienną dla kotów i zamierzam ją zawiesić na oknach od zewnętrznej strony, tak żeby ptaki nie miały chęci przelatywać przez okna. Sikorki co prawda na pewno będą próbowały ją rozkminić, tak jak to robią z moskitierami i siatką na drzwiach wychodzących na werandę, ale mam nadzieję że siatka uchroni inne, mniej sprytne ptaszki, przed próbami przelecenia przez szybę. Jak już je powiesimy w oknach, to je tu pokażę.
Zupełnie nie wiem, czemu znów gadam o ptakach, miało być o jesieni, no ale widać w moim przypadku to nieuniknione. Mówi się że niektórzy schodzą na psy. No a inni widać schodzą na ptaki, nie ma na to rady.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz