Mikołaj przyszedł do mnie co prawda dwa dni po terminie, ale nie mogę mieć do niego żalu, bo za długo się zastanawiałam na co przeznaczyć niedużą ale sympatyczną sumkę jaka wpadła mi niespodziewanie w ręce. Miałam do wyboru kupno nowego łóżka (bardzo by się wreszcie przydało) oraz spełnienie marzenia, które mam od lat kilkunastu, a które zawsze okazywało się niezbyt realne z finansowych oczywiście powodów.
Wiedziona moim wrodzonym rozsądkiem, postanowiłam, że zrobię to drugie. Łóżko i tak kiedyś kupimy, a skoro pieniążek spadł niemal z nieba, trzeba go przeznaczyć na coś nadzwyczajnego. Kiedy jak nie teraz?
Paczka przyjechała wczoraj.
Miałam tylko zajrzeć do niej, czy wszystko w porządku, czy nic się nie uszkodziło w drodze. Wiedziałam, że zawartość przyjdzie w częściach i trzeba ją będzie sobie złożyć do kupy, ale byłam pewna że odłożę skręcanie do następnego dnia, bo kto by się zaraz tak rzucał do roboty...
No ale wiadomo, że żeby dobrze sprawdzić, trzeba wszystko wyjąć i rozpakować...
Vida był równie zachwycona rozpakowywaniem, jak ja.
No nie mogłam tych wszystkich części tak zostawić luzem, jeszcze by się pogubiły!
Składanie nie było bardzo trudne, ale musiałam skorzystać z tutorialu z youtube'a.
No i mam go!
Poznajcie Minstrela! Śliczny, prawda?
To już dzisiejsze zdjęcie, widać nawet że nie mogłam się doczekać i uprzędłam już trochę wełenki. Musiałam przecież sprawdzić czy pamiętam, jak to się robi!
Kto mnie zna, pamięta na pewno moją fascynację przędzeniem sprzed lat kilku. Właściwie ta fascynacja trwa od zamierzchłej przeszłości, tylko nigdy nie miałam warunków na jej rozwijanie. W końcu się udało! Kupiłam na allegro swój pierwszy kołowrotek, co prawda raczej eksponat cepeliowski niż profesjonalne urządzenie, ale działał!
Metodą prób i błędów, oraz oczywiście przy pomocy internetu, uprzędłam swoje pierwsze wełenki. Co to była za radość!
Od tego czasu kołowrotków miałam kilka, bo to na jednym się nigdy nie kończy. Wszystkie one były stare, jeden nawet bardzo stary, bo z 1904 roku. Trochę się rozsypywał i nie nadawał się do przędzenia, ale był przecudnej urody...
Ten poniżej z lewej strony zupełnie niekompletny, ale za to śliczny, z metalowym zdobionym kołem. Mam go do dziś.
Ten zielony, szwedzki, wygrzebany w podwarszawskiej rupieciarni, też przepiękny, ale nie chciał w ogóle ze mną współpracować.
Byłam też na dwudniowym kursie przędzenia i tam zobaczyłam jak się pracuje na profesjonalnym sprzęcie. No i zaczęłam marzyć...
Wypatrzyłam sobie wtedy właśnie ten model, Minstrela, produkowanego przez polską, uznaną na całym świecie firmę Kromskich. No cóż, kiedy jego cena zawsze przekraczała moje możliwości... Swoją drogą, przez te wszystkie lata jego cena wzrosła niemal trzykrotnie. Nie mogłam przecież czekać aż urośnie jeszcze bardziej! Sami wiecie, rozumiecie. Łóżko jest zawsze ważne, ale...
Jak dobrze, że nie pozbyłam się nigdy zapasu czesanek wełnianych, które kupiłam wiele lat temu do przędzenia, a potem do filcowania! Nie wiem co prawda gdzie je wcisnę, póki co leżą sobie na strychu, ale skoro wcisnęłam jakoś nowy kołowrotek, to i czesanki się muszą zmieścić!
Chciałoby się głośno zakrzyknąć: ZIMO TRWAJ! Hehe, no w moich ustach to nie jest normalne...
Ale kiedy, jak nie teraz, będę sobie mogła od rana do nocy dłubać przy moich wełenkach? Właśnie teraz!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz