poniedziałek, 1 maja 2023

Fan fan... !

Nie mogło zabraknąć na tym blogu notki o tulipanach!

Przyznaję że jeszcze kilka lat temu ich zupełnie nie doceniałam. Miałam ich w poprzednim moim podwarszawskim ogródku kilka czy kilkanaście, oczywiście cieszyłam się kiedy kwitły, ale ponieważ trwało to krótko, stanowczo za krótko, nie byłam ich wielką fanką. 

No ale z wiekiem człowiek mądrzeje, na szczęście! Zaczęłam się rozglądać po tulipanowym światku i zachwycił mnie swoją niebywała różnorodnością...

A potem dostałam urodzinowy prezent od moich Koleżanek i już wpadłam po same uszy!

Ten kosz to wszystko moje! Ponad 150 tulipanowych cebulek prosto z Holandii... 

To się nazywa prezent od serca, trzeba przyznać że wiedziały co wybrać, żeby mnie uradować! Cieszyłam się jak dziecko!

No a potem trzeba to było posadzić hehe...

Nigdy wcześniej nie sadziłam tulipanów w koszyczkach, ale tym razem pomyślałam sobie że takich szlachetnych cebul nie dam myszom na pożarcie, zakupiłam zatem odpowiednią liczbę koszyczków dużych i małych i sadziłam przez cały weekend...


Nie mogłam doczekać się wiosny. Niestety, tak jak już pisałam, koszyczki okazały się marną przeszkodą dla rojstowych szkodników i część cebul została bezczelnie pożarta. Trafiło akurat na kolekcję pięknych papuzich tulipanków, których był cały woreczek (widoczny tu na fotce) i które posadziłam na jednej rabacie. Akurat tam myszy zrobiły sobie ucztę i zostawiły mi ich tylko kilka. Straszna szkoda, bo były przepiękne:






Na szczęście na innych rabatkach, po drugiej stronie drogi, myszy cebul nie znalazły, miałam się więc czym nacieszyć...




























Prawdziwe tulipanowe szaleństwo, prawda? Nie dziwcie się, że większość z nich jest różowa, w tym czy innym odcieniu. Moje Koleżanki wiedziały co lubię. Różowe kwiatki właśnie!

Część tulipanków musiałam, wbrew swym zasadom i przekonaniom, uciąć i zabrać do domu. Wtedy nie mieszkaliśmy jeszcze tu na stałe, a wiedziałam że za kolejne dwa weekendy nic już z kwiatów nie zostanie i nie będzie kto miał ich ogłowić, żeby cebulka się nie osłabiła. 

Nie lubię ścinać kwiatów z ogrodu, wolę cieszyć się nimi na żywo, niż w wazonie, ale ten bukiet był naprawdę cudny!



A tulipany Belicia (te białawe z różową krawędzią), które są dla mnie jednymi z najpiękniejszych, do ostatnich swoich chwil w wazonie wyglądały niezwykle malowniczo.



No i nie można się dziwić, że jestem obecnie szaloną fanką tulipanów, prawda?

Tegoroczne też są piękne, choć jest ich niestety mniej.














Zakopałam je wszystkie w doniczkach, ale do paru myszyska się dobrały niestety. Cwane są te rojstowe zwierzaki.  W następnym sezonie posunę się o krok dalej i przykryję doniczki na zimę siatką. Zobaczymy co one na to!

No i oczywiście parę tulipanków sobie dokupię, bo czemu by nie? ...  😉


środa, 26 kwietnia 2023

Królewicz po dwakroć uratowany, czyli życie w rezerwacie.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w pewnym bajkowym królestwie żył sobie młody i bardzo przystojny królewicz. Nie dość że był przystojny, to jeszcze był bardzo mądry i dobry, ale okropnie naraził się czymś złej czarownicy i ta postanowiła się na nim zemścić. Nie wiadomo bliżej czym się jej naraził, ale musiała być to jakaś poważna sprawa, bo za karę czarownica rzuciła na niego zaklęcie, które zmieniło go w ropuchę. Klątwa mówiła coś o prawdziwej miłości, która może wyzwolić go z tej ropuszej postaci tylko przy pomocy pocałunku pięknej królewny.


I tak żył sobie królewicz pod postacią ropuchy i, zagrzebany w ziemi, czekał na nadejście prawdziwej miłości. 

Aż tu nagle pewnego dnia pojawił się w okolicy straszliwy smok i chwycił królewicza w swą paszczę z zamiarem pożarcia!


I wtedy pojawiłam się ja.

Nie byłam co prawda królewną, nie miałam też najmniejszego zamiaru go całować, ale napotkawszy na swej drodze żarłocznego smoka z ropuchą w paszczy, bez namysłu rzuciłam się jej na ratunek.

Tak naprawdę nie był to też smok, tylko zaskroniec. Nie jestem też pewna czy była to ropucha, czy może grzebiuszka, których spotykam dużo w naszej okolicy. Ale czy to ważne? Najważniejsze że królewicz został uratowany!

Dwa razy tego samego dnia zdarzyło mi się spotkać w ogrodzie zaskrońca w trakcie pożerania ropuchy (czy może grzebiuszki). No wiem, wiem, pewnie nie powinnam w ogóle interweniować, wiadomo że zaskrońce też muszą coś jeść, ale nie umiałam przejść obok nich obojętnie 😑.

W sumie sama nie wiem jak tego dokonałam, w każdym razie udało mi się uratować ropusze życie, a wąż musiał obejść się ze smakiem.

Oczywiście nie liczcie na zdjęcia, bo sytuacja była zbyt dramatyczna, zresztą widok ropuchy w paszczy węża nie należy do najprzyjemniejszych i nawet nie przyszłoby mi do głowy uwiecznianie go na fotkach. Grunt że królewicz został wypluty i uszedł z opresji cało. Znów może teraz czekać na swoją królewnę!

Zaskrońców mieszka w naszym ogrodzie całkiem sporo i tak naprawdę bardzo je lubię. 


W ciepłe dni często wygrzewają się w słońcu, czasem też widzę jak pływają w oczku, rozglądając się za potencjalnym obiadkiem. Lepiej jednak dla nich, żeby wystrzegały się konsumpcji na moich oczach, bo grozić im może śmierć głodowa!


Również i zaskrońce zdarzyło mi się ratować z opresji. Ostatnio zrezygnowaliśmy całkiem z używania tzw. "kreciej" siatki, która miała chronić nasze skrzynie-grządki przed podkopaniem przez krety, czy inne myszopodobne stwory. Jest to siatka stylonowa i ma całkiem nieduże oczka. Zaskrońcom wydaje się chyba jednak, że swobodnie się przez nie przesmykną, skoro głowa się w oczku mieści.  No i kilka razy spotkaliśmy takiego zaplątanego i całkiem unieruchomionego węża w siatce. Na szczęście za każdym razem udało nam się przy pomocy nożyczek uwolnić biedaka,  ale nie była to wcale łatwa operacja. Jedno mogę potwierdzić: skóra węża wcale nie jest śliska i nieprzyjemna w dotyku...

Siatka poszła wreszcie precz, a grządki zabezpieczyliśmy od spodu tekturą. Niech zaskrońce wtykają swoje nosy gdzie indziej!

Wiosna już wreszcie w pełni, choć pogoda niekoniecznie nas rozpieszcza, ale jednak to wiosna! 
Przyleciały już kukułki i od rana do wieczora słychać ich kukanie.


Pojawiły się w ogrodzie zięby


ale pierwsze skrzypce należą do dzwońców, których jest cała masa.


Żyjemy tu sobie jak w prawdziwym rezerwacie. Cieszy nas każdy dzień, prawie każdego dnia widzimy albo słyszymy coś nowego. Dziś wydawało mi się, że słyszę śpiew słowika, choć to jeszcze nie maj. Może już też wróciły? Mam nadzieję, że za parę dni wrócą też do nas wilgi. Maj bez "zofiji" nie byłby majem!

Tymczasem kilka dni temu obudziło nas rano zabawne pohukiwanie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam tuż przed oknem, na tarasowej belce, pięknego dudka, który przyglądał się nam przez dłuższą chwilę, a potem odleciał. 

Gdybym spała z aparatem przy poduszce, miałabym przepiękne zdjęcie. No ale nigdy jeszcze na to nie wpadłam. Aż żal. Inna sprawa, że na co dzień śpimy w innym pokoju, a tam nie ma tak pięknego widoku na taras i ogród. Wyjątkowo spaliśmy w salonie, odstąpiwszy sypialnię wizytującemu nas dziecku. Warto było!

Oczywiście nie byłabym sobą gdybym się tak łatwo poddała, wyskoczyłam więc szybko z łóżka po aparat i udało mi się schwycić piękne ptaszysko w obiektywie, ale dudek był już dość daleko na drzewie i moim fotkom, jak to zwykle bywa, daleko do perfekcji...



Tyle dobrego, że widać że był to naprawdę dudek i że oprócz swojego cudnego czubka (na tarasie miał postawiony czubek na baczność), ma też przepiękny i bardzo długi dziób, czego nie byłam świadoma. Pierwszy raz widziałam dudka z tak bliska!

Myślę że tutejsi znajomi mają nas za lekko szurniętych (mam nadzieję, że tylko lekko...) Opowieści o tym jak zakopałam się w grząskim polu, bo chciałam obejrzeć z bliska łosia, zachwyty nad życiem dzikich gęsi za płotem, nasze psy spędzające wieczory razem z nami na kanapach oraz to że nie jemy mięsa, bo uważamy że wszystkie zwierzęta zasługują na miłość i szacunek, to przecież chyba nie jest całkiem normalne... Ale co tam, my jesteśmy tu szczęśliwi i każdy dzień to nowy powód do radości. Dosłownie i naprawdę!