wtorek, 3 października 2023

Przyjdzie walec i wyró...

Wszystkiego byśmy się spodziewali, tylko nie tego, że ktoś przyjedzie i zniszczy nam rojsty za płotem!

Mówiliśmy sobie zawsze, że te nieprzebyte chaszcze i błota to jedyna strona świata, z której na pewno nam nic nigdy nie grozi. 

Z jednej strony siedlisko nasze graniczy z brzozowym młodniakiem, z drugiej mamy, niestety, sąsiadów (na szczęście z daleka i głównie weekendowych), z trzeciej strony jest droga, która kończy się na podmokłych łąkach 200 metrów dalej, no a z czwartej właśnie to co nazywamy rojstami, czyli starorzecze Bugu, porośnięte chaszczami przeróżnymi i pełne ptactwa i innej zwierzyny. Tak było.

Dwa tygodnie temu obudziło nas (o szóstej rano zresztą) głośne wycie ciężkich maszyn z tamtej właśnie strony. Najpierw myśleliśmy że ktoś wycina trzciny, bo już rok temu coś takiego miało miejsce ("To szuwar tną!" - objaśnił nam wtedy miejscowy znajomy). Przez szpaler drzew, które rosną tuż za płotem, mało co było widać, więc przez trzy dni trwaliśmy sobie spokojnie w tym przekonaniu. No ale kolejnego dnia nie wytrzymałam, poszłam się trochę bliżej przyjrzeć tym robotom i ... zmartwiałam. Buldożeropodobne wielkie maszyny równały z ziemią wszystko jak leci! Nie tylko połacie trzciny, ale również wielkie kępy łoziny, drzewka i inne zarośla. które porastały ten olbrzymi teren.

Nietrudno sobie wyobrazić ile ptactwa i innych zwierząt wypłoszyły te wielkie maszyny, a ile mniejszych stworzeń zginęło w trakcie tej dewastacji, to nawet nie chcę myśleć. Tragedia...

Pomyślałam sobie, że właśnie na naszych oczach znika jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na zamieszkanie w tym miejscu...

Nie ukrywam, że wpadłam też w lekką panikę. Sprawdziłam ponownie co prawda, że nasze siedlisko położone jest w granicach chronionego (ponoć) obszaru "Natura 2000", ale wiadomo jak to w naszym pięknym kraju bywa z obszarami chronionymi, czy też nawet zabytkami. Wszystko się da zrobić, jak się odpowiednio "da", to się wszystko da. Już nawet zdążyłam sobie wyobrazić, że zamierzają tu nam zrobić wysypisko śmieci, a może farmę fotowoltaiczną, albo inne g...! Wykonałam telefon do gminnego urzędu, gdzie znajoma pani uspokoiła mnie na szczęście, że takie inwestycje tu żadnych szans powstania nie mają, i nikt niczego w ogóle nie zgłaszał. 

W końcu poszliśmy sami zobaczyć z bliska to spustoszenie. Akurat wielki spychacz jechał w naszą stronę, kierujący nas zobaczył, podjechał bliżej i wysiadł.

"Wreszcie tu ładnie będzie, prawda?" - powiedział z niekłamaną dumą w głosie, a my hmm, no cóż... jakoś nie potwierdziliśmy tej opinii. Obawiam się nawet, że nasze miny wyrażały dokładnie co o tym myślimy. Pan, niezrażony, ciągnął dalej, że poprzedni właściciel bardzo zaniedbał ten teren, a on jest nowym właścicielem i postanowił zrobić tu porządną łąkę, żeby móc ją kosić. Zdaje się że chodzi o dopłaty unijne, nie znam się na tym, ale chyba jest jakaś zależność pomiędzy koszeniem łąki i pieniędzmi z unii. No cóż, jego teren, jego decyzja, nic tu człowiek, niestety, nie poradzi. I tak dobrze, że nie postanowił tu niczego nam wybudować, no i zostawił, na szczęście, na środku wielką kępę drzew, taki prawie lasek. Będą miały się zwierzęta gdzie schować. Opowiedzieliśmy mu zresztą ile zwierząt tu mieszka i ile ptaków gniazduje wiosną. Nie wiem, czy to ma jakieś dla niego znaczenie, no ale przynajmniej już wie. Zresztą sam nam powiedział, że spotkał w okolicy dwie rodziny łosi. Czy ludzie się w ogóle przejmują tym że naruszają mir mieszkających tu zwierząt? Na pewno nie wtedy, gdy chodzi o pieniądze. Niestety.

No i tak zostaliśmy na zimę z klepiskiem zamiast rojstów za płotem. Tak to teraz wygląda.

Wiem, że wiosną trawy i trzciny odrosną. Łąka podejdzie wodą, tak jak co roku, i może ptaki tu wrócą. No ale to już nie będzie to samo. Może tylko zimą, zanim to wszystko odrośnie, uda nam się częściej podejrzeć łosia czy sarny, bo już nie mają się gdzie schować przed naszym ciekawskim okiem. Ale w sumie marna to pociecha. Żal mi tego gąszczu za płotem i widoku łabędzi i gęsi pływających między trzcinami wiosną. Mam jednak dużą nadzieję, że większość odrośnie. Oby tak było...

czwartek, 14 września 2023

Już rok na rojstach.

No i stuknął nam pierwszy rok na wsi! Rok dość chaotyczny,  trochę remontowy, trochę bałaganiarski. Parę rzeczy zostało do ogarnięcia, ale większość już jest zrobiona, a resztę będziemy sobie organizować po troszku i bez pośpiechu. 

Mówią że potrzeba dwóch czy trzech lat, żeby całkiem okrzepnąć i przyzwyczaić się do nowego życia. Mnie się wydaje, że już jesteśmy całkiem okrzepnięci. I przyzwyczajeni. A najważniejsze że bardzo szczęśliwi. 

Niesamowite jest to, że jak się człowiek uprze, to jest w stanie wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Wystarczy tylko determinacja i trochę dobrego wiatru w żagle. Pamiętam jeszcze ten dzień, kiedy przyszła mi do głowy myśl, że nigdy nie jest za późno na zmianę, nawet jeżeli z pozoru tak się wydaje. Życie w wielkim mieście mnie już męczyło, mimo że w wielkim mieście się przecież wychowałam. Brak mi było wolnej przestrzeni wokół. Nawet po przeprowadzce na przedmieścia. Nie odczuwałam tego może na co dzień, ale pamiętam jak kiedyś wybraliśmy się na wieś po odbiór jakiegoś mebla wypatrzonego na olx i droga wiodła nas malowniczo przez pola i łąki, gdzieniegdzie urozmaicone tylko niewielkimi zagajnikami. Poczułam wtedy nieodpartą chęć, żeby wysiąść z auta i nasycić oczy i duszę tą wielką, nieograniczoną niemal przestrzenią rozpościerającą się wokoło. I chyba wtedy doszłam do wniosku, że miasto jest już dla mnie za ciasne. A kto powiedział, że nie można tego zmienić?  

Po latach, ten cudowny widok na dzikie łąki nadbużańskie utwierdza mnie w przekonaniu, że właśnie tego potrzebowałam do szczęścia!

Moje krótkie wyprawy do Warszawy, mimo całej miłości do rodzinnego miasta, tylko potwierdzają to uczucie. Ten tłok, ten gwar, ten ciągły pośpiech i  - bardzo łagodnie mówiąc - miejskie zapaszki, to już nie dla mnie. Jestem tu, gdzie mi najlepiej. Tu jest moje miejsce.

A tymczasem jesień podeszła jeszcze bliżej. Nie ma już bocianów, odleciały też nasze wilgi i kukułki. Czasem widać klucz dzikich kaczek, czy gęsi zmierzający gdzieś na południe. Ostatnio zbierają się też  do drogi żurawie. Kilka razy widziałam spore klucze latające w koło nad naszymi rojstami, tak jakby się zwoływały i czekały przed wylotem na maruderów. 

Teraz oczywiście nastąpi mały wysyp żurawich fotek, bo skoro już ptaszyska uczyniły mi tę uprzejmość i krążyły przez kilka minut nad moją głową, wiadomo że nie mogłam takiej okazji przepuścić!







Fotki jak zawsze lekko nieostre, ale przyznacie że piękny widok, a jeszcze piękniejszy, kiedy słyszy się ten żurawi klangor... po prostu dech człowiekowi w piersi zapiera!

No i cóż, cieszmy się tym co mamy, czyli złotym wrześniem, póki jeszcze można usiąść na werandzie do porannej kawy i póki kwiatowe rabaty cieszą oko mnogością kolorów (moje z przewagą różów i fioletów, bo tak najbardziej lubię).









Póki co nie myślę o jesiennej szarudze, bo i po co. Zresztą i ona ma swoje uroki, czego kiedyś bym nie przyznała, no bo może nie miałam nawet okazji zwrócić na nie uwagi, w biegu między domem a pracą, od autobusu do pociągu i z powrotem. Emerytura to naprawdę fajna sprawa! Złoty wiek, jak nic!







wtorek, 15 sierpnia 2023

Tempus fugit?

Czas płynie! Odkrywcza ta myśl często mnie nawiedza ostatnio, albowiem ze zdumieniem zauważam, że będąc człowiekiem wolnym, czyli samodzielnie dysponującym swoim czasem, nie mam go wcale w nadmiarze!

Z jednej strony widzę to jasno, ale z drugiej strony wcale mnie ten fakt nie martwi, bo przecież nigdzie mi się nie spieszy. Czego nie zrobię dzisiaj, mogę zrobić jutro i raczej nie zaważy to na losach świata. Zabawne tylko było moje naiwne wyobrażenie o tym, czym to nie będę się zajmować na wyczekanej emeryturze. No i kiedyś będę, oczywiście, bo chęci mnie nie opuszczają, tyle że wszystkie te chęci i plany muszę poustawiać w kolejce, bo nawet emerytura nie potrafiła wpłynąć na rozszerzenie czasoprzestrzeni. A żal.

Tak więc wszelkie roboty ręczne czekają do kolejnej jesienio-zimy, ponieważ, mimo że mam już w miarę urządzony pokoik-pracownię (czytaj: kącik w sypialni), to w sezonie ogrodowym nie ma mowy, żebym oderwała się od rozważań o roślinkach, urządzaniu rabat i planowaniu warzywnika na przyszły rok. Zbyt frapujący to temat, no i masa wiedzy do przyswojenia, co z wielkim upodobaniem co i rusz odkrywam. To naprawdę niesamowite, że w MOIM wieku jestem tak kompletnie zielona w temacie! I to ja, która miałam się za nieco oświeconą w sprawach ogródkowych! Wiem, że nie wiem NIC! A temat jest jak rzeka. Co tam rzeka, AMAZONKA!

Planowałam również zajęcia bardziej plenerowe, takie jak farbowanie wełny i tkanin roślinami,  jednak poczekać one muszą do kolejnego ciepłego sezonu, a szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak i kiedy wcisnę je w przyszłoroczny grafik szalonego (i nieco chaotycznego jak muszę przyznać) ogrodnika!

Może jednak kiedyś się w tym wszystkim ogarnę i poukładam. Nie traćmy nadziei.

Mimo wszystko staram się nieco korzystać z otaczających mnie cudownych okoliczności przyrody. Daleko sięgać nie muszę, bo we własnym ogrodzie mam surowca aż nadto, nie mówiąc już o łąkach za płotem.

Bo wiecie że pojęcie "chwasty" jest bardzo względne, prawda? To jest po prostu ZIELE, w pełnym znaczeniu tego słowa! Gdzie nie spojrzeć, rośnie coś pożytecznego i warto by umieć z tych cudownych zasobów korzystać.

Nie zbieram wiele. Póki co, ususzyłam sobie tylko kilka pęczków ziół, które mogą okazać się przydatne w najbliższym czasie. Zrobiłam też parę ziołowych nastawów, bo czemu nie skorzystać z tego co mam pod ręką?


Powyżej surowiec, a poniżej macerat z ziół o korzystnym dla włosów działaniu. Tylko korzeń łopianu wykopaliśmy na łące za płotem, reszta pochodzi z naszego ogrodu: liść babki i poziomki, korzeń mydlnicy, ziele wrotycza i dziurawca, kłącze pokrzywy, do tego łupina orzecha, kora brzozy i dębu. A można by nazbierać i więcej, ale słój za mały. Postoi sobie ta mieszanka w glicerynie przez parę miesięcy, a potem odnowię zapasik domowego najzdrowszego szamponu. Kilka lat temu zrobiłam taki szampon na bazie kupionych ziół suszonych, teraz będzie o klasę lepszy. Bo własny.


Nawiedziła mnie też ostatnio nieodparta potrzeba robienia przetworów na zimę, spowodowana głównie dostępem do nie skażonych chemią warzyw i owoców, którymi obdarowują nas tutejsi znajomi. 



Tym sposobem mam już mnóstwo słojów z ogórkami w różnych postaciach, fasolki w sosach i przetwory z cukinii, jagody w cukrze i maliny w soku, a zamierzam również spróbować sił w kiszeniu kapusty, do czego zachęciła mnie całkiem udana próba przeprowadzona na maleńkiej, jedynej wyhodowanej przeze mnie kapuścianej mini-główce ;) 

Nota bene: druga główka kapusty, tak jak i kilka innych uprawianych przeze mnie warzyw kapustnych padła łupem żarłocznych potworów, które dla niepoznaki nazywają siebie motylkami. Wiecie, to te bielinki, takie niewinne piękne stworzonka. Toż to prawdziwe bestie są!

Uwaga, poniżej będzie zdjęcie drastyczne! To chyba miał być brokuł...

No przyznaję, że ogrodnik ze mnie (jeszcze) nietęgi. Pryskam bestie wyciągami z krwawnika i mydłem potasowym, czytam liczne porady i uczę się obserwacji oraz szybkiego (hmm...) reagowania. Kiedyś mi się powiedzie. Na pewno!

No tak, warzywa kapustne w tym roku są już stracone, ale za to fasolka i bób plonowały nam ślicznie!

Udał mi się również pokaźny zagonek jarmużu, którego przed zielonymi żarłokami będę bronić do upadłego. Kabaczki i dynie, po długich wahaniach również postanowiły obrodzić, więc może nie będzie tak źle! 

A w przyszłym sezonie będę już mądrzejsza o doświadczenia z tego roku. Oby to coś pomogło...

Czas upływa. 

Nadeszła połowa sierpnia i pustoszeją gniazda bocianów. Młode już chyba odleciały, bo widać tylko pojedyncze dorosłe ptaki na posterunku. Pewnie i one się szykują do jesiennej podróży.

Życie poza miastem, z dala od cywilizacyjnej klatki, umożliwia nam spojrzenie na świat z trochę innej perspektywy. Czas płynie, ale nie ucieka. Zmiany w przyrodzie zachodzą, ale nie bezpowrotnie. Koło natury się kręci, a my razem z nim. I to jest w życiu piękne. 

niedziela, 30 lipca 2023

O werandzie i wynalazkach.

Ani się człowiek obejrzał i lipiec czmychnął.  Nie wiem jak to się dzieje, ale "na wolności" czas zdecydowanie szybciej leci. Jeszcze chwilka i stuknie nam roczek mieszkania na wsi, nie do wiary! Cały ten rok przeleciał po prostu galopem.

Trudno w to pewnie uwierzyć, ale do dziś nie rozpakowaliśmy jeszcze wszystkich kartonów, no nie dało się i już. Ale pracujemy nad tym, ostatnio nawet trochę intensywniej. Niedawno na przykład, znalazły się dwa pudła z przeróżnymi pierdółkami i innymi "wynalazkami", czyli rzeczami wynalezionymi najczęściej w rupieciarniach, które wisiały tu i tam w naszym poprzednim domu. A że oboje z Szanownym Małżonkiem jesteśmy zbieraczami rupieci... pardon, chciałam powiedzieć kolekcjonerami przedmiotów niekoniecznie przydatnych, no to tych różnych "wynalazków" mamy całe mnóstwo. 

Nietrudno było je wszystkie zmieścić w dwupiętrowym wielkim domu, w jakim mieszkaliśmy pod Warszawą. Tutaj to już jest prawdziwe wyzwanie! Ściany w obu pokojach mamy zastawione regałami, niespecjalnie jest więc gdzie powiesić nasze wynalezione skarby.

No ale wiadomo że dla chcącego nic trudnego. Mamy jeszcze przecież ściany na zewnątrz domu! No i naszą wymarzoną werandę...


Wystarczyło kilka dni, żeby wszystkie nasze skarby z tych dwóch pudeł znalazły swoje nowe miejsce.


Moja mała kolekcja haftowanych makatek, wyczajonych w ciuchowiskach i innych kopalniach staroci.


Stara wisząca lampa, która miała nawet kabel, ale ponieważ lepiej wygląda jako świecznik, kabel został wymontowany.


Dzwon, który kupiliśmy wiele lat temu na targu w Pułtusku, a którego dzwonieniem wołałam w starym domu rodzinę na posiłki ;)


Z lewej strony wisi dzwonek wietrzny z plastrów agatu, który kupiłam sobie w indyjskim sklepie we Lwowie. Tak w ogóle to ja kocham wietrzne dzwonki i mam jeszcze ze dwa gdzieś zapakowane, czekające od lat na swoje miejsce właśnie na werandzie. Pamiętacie taki film "Twister"? Wiele lat temu zobaczyłam tam werandę obwieszoną wietrznymi dzwonkami poruszanymi przez zbliżający się huragan. Od tamtego dnia marzyła mi się właśnie taka weranda i takie dzwonki. Huraganów mi w sumie nie trzeba, wystarczy że cichutko podzwaniają sobie reagując na lekkie podmuchy wiatru. 


Dzwonek który wisiał w domu moich Rodziców i dwa ptaszki niewiadomego przeznaczenia, które wypatrzyłam w podwarszawskim składzie staroci. 


Dzwonek również wygrzebany w kopalni staroci, jak i wiele innych naszych skarbów. Ma przepiękny donośny dźwięk i nawet myśleliśmy kiedyś, żeby powiesić go przy furtce, ale póki co trzy szczekające czworonożne "dzwonki" zupełnie wystarczająco informują nas o niespodziewanych wizytach, więc dzwonek zamieszkał na werandzie.


Jeden z glinianych dzwonków, które są z nami od lat (reszta jeszcze w kartonach) i w sumie nie pamiętam skąd je mamy, ale bardzo je lubię.


Dyndające muszelki z wakacji (nad Bałtykiem zresztą ;) i kolejne dzwonki. Mało dzwonią przy wietrze. Będę musiała je jakoś inaczej powiesić...


Gliniane ptaki, kupione w galerii w Lutowiskach. Mieliśmy dokupić jeszcze jednego, ale od paru lat nie możemy się jakoś wybrać w Bieszczady. Mam nadzieję że jednak się to kiedyś jeszcze uda, bo wyraźnie brakuje trzeciego małęgo ptaszka!


Stara lampa naftowa którą zamierzamy przywrócić do życia, bo nigdy nic nie wiadomo.


Kociska to prezent od naszych Przyjaciół. Do kolekcji mamy jeszcze rybę, którą Szanowny Małżonek wiosną postanowił zawiesić na młodym dębie tuż obok tarasu, ot żeby fajnie wyglądała i wskazywała drogę do oczka. Od wiosny dąbek skutecznie ją zarósł, ale trochę jeszcze widać ;)


A poniżej sowa, z tej samej rodziny. Ta przyleciała do nas niedawno 😉.


Jeszcze niżej ptaszysko na długich nogach (pewnie to niezbyt różowy flaming), zdobycz mojego Małżonka z jakiejś rupieciarskiej wymianki (był kiedyś taki portal thingo.pl na którym można było się wymieniać rupieciami. Mój Szanowny był bardzo aktywnym wymieniaczem i parę jego zdobyczy do dziś z nami mieszka). 



Weranda pełna, ale zawsze się przecież jeszcze coś zmieści, więc przy oknie powiesiliśmy gliniane obrazki - pamiątki z podróży i upominki od Przyjaciół.

Zewnętrzne ściany domu też już mamy częściowo zapełnione :)


Przy drzwiach wejściowych wiszą różne takie obrazeczki od sasa do lasa.  Te dwa gołąbki, Adam i Ewa oraz król i królowa to oczywiście MY! Talerzyk z domkiem ma napis po szwedzku, ale udało się go kiedyś rozszyfrować i choć co prawda dokładnie nie pamiętam treści, to zaręczam że nie ma tam nic niestosownego 😉.


Z drugiej strony drzwi wiszą wyczajone przeze mnie w rupieciarni metalowe cosie, zdaje się świeczniki, ale mnie akurat podobają się jako wianki! Ich przeznaczeniem miał być ogród, ale póki jeszcze nic mi konkretnego do głowy nie wpadło, zamieszkały sobie tutaj


No i brzozowe okienko, zakupione chyba ze 20 lat temu w jakimś centrum ogrodniczym, wisiało przez jakiś czas w starym domu, ale tak naprawdę dopiero teraz znalazło swoje miejsce - na ścianie domu. I można w nim hodować kwiatki! Begonie w każdym razie wyglądają na zadowolone.


A nad drzwiami wejściowymi powiesiliśmy podkowę, specjalnie końcami w dół, żeby chroniła nasz dom przez złem. Podkowa przywędrowała do nas od pewnej bliskiej nam Osoby spod Krakowa, tak jak wiele innych starych przedmiotów z duszą, które skrzętnie przechowujemy.

To oczywiście tylko niewielka część naszej wielkiej kolekcji wynalazków. Trochę rzeczy zmieściło się w domu, tak jak na przykład dwie stare szafki ze zdekompletowanych kredensów, które podbiły nasze serca i z których jedna wspaniale odnalazła się w roli mojego ziołowego skarbczyka.



Mamy też w domu stary stół, wcale nie antyczny ale za to z duszą, stare lampy stojące i wiszące, stary zegar, który tu już występował, a który ostatnio w ogóle odmówił współpracy, oraz parę innych cudownych i jedynych w swoim rodzaju przedmiotów z odzysku. 

Nie da się ukryć, że jesteśmy nieuleczalnymi zbieraczami.  Oboje lubimy stare przedmioty, bo każdy z nich niesie w sobie jakąś historię. I przecież nie o wartość pieniężną tu chodzi, dla wielu osób byłyby to po prostu rupiecie, a dla nas mają inną wartość. Energię ? Historię? Duszę? 

Na koniec pokażę nasz ogrodowo-leśny zakątek, w którym zamieszkał stary rower wynaleziony tutaj w szopie oraz metalowy stolik z rupieciarni z działkowymi krzesełkami mojej Cioci :)


niedziela, 2 lipca 2023

Sędziowski gwizdek i inne odgłosy.

Nie wiem właściwie co jest bardziej niezwykłe w tych naszych ptasich obserwacjach: to, że tyle różnych gatunków ptaków tu spotykamy, czy to że one same wszystkie do nas przylatują! Większość ptaków obserwujemy przecież z naszego tarasu, przy jedzeniu, czy przy południowej kawce.

Czasem owszem trzeba się nieco bardziej "wysilić" i wyjść na podwórko, z którego lepiej widać Ptasie Drzewo. Na nim ptaszyska lubią sobie siadać, bo jest chyba najwyższe w okolicy, więc zapewne widoki są fantastyczne. No i my też mamy niezły widok na nie, bo Ptasie Drzewo nie ma już wcale liści i nie mają się jak przed nami schować.


Na taras wciąż jeszcze przylatują do nas skrzydlate przedszkolaki, a my cieszymy się ich widokiem jak dzieci, mimo że to całkiem zwykłe ptaszki, ot wróbelki... 






Takie śmieszne małe gapiszonki, które cały czas jeszcze naciągają rodziców, na karmienie, mimo że spokojnie już potrafią same dać sobie radę...

No ale kto by się oparł takiemu słodkiemu maluchowi z opuszczonymi skrzydełkami i rozwartym dziobiszczem?..

No na pewno nie troskliwy rodzic. Trzeba głodnego nakarmić!


Młode zięby też są cudne. Ostatnio bywają w parach.


Często też odwiedza nas tatuś zięba, zwany przez nas sędzią.



Śliczny z niego ptaszek, prawda? Dzięki jego wizytom wiem wreszcie kto tak woła, jakby połknął  gwizdek. To właśnie pan zięba. Nazywamy go "sędzią", bo jego głos brzmi tak, jakby ktoś co chwila odgwizdywał faule w meczu.

A jeśli już o głosach ptaków mowa, pora na małą dygresję. Od wczesnej wiosny prawie co dzień słyszymy bardzo charakterystyczny i dziwny dość głos. Nie byliśmy nawet pewni czy to ptak, bo długo nie udało nam się zaobserwować skąd ten głos dochodzi. W końcu raz czy dwa niewielki jakiś ptaszek przemknął gdzieś wysoko i tyle go widzieliśmy. Mowy nie było o identyfikacji! 

Ptaszek dostał od nas roboczą nazwę UFO, bo jako niezidentyfikowany obiekt latający pojawiał się niespodziewanie w naszym świecie. Szukaliśmy tego głosu w necie, odsłuchałam kilkadziesiąt nagrań na jutubie i na innych stronach internetowych, ale wszystko na próżno.

W końcu z pomocą przyszła "ptasia" grupa (nie mylić z grypą!) z takiego jednego portalu społecznościowego. Tam to dopiero są znawcy tematu! Po samym opisie, dość enigmatycznym zresztą, bo jak opisać to co za chwile sami usłyszycie, rozpoznali i podpowiedzieli, że to ptaszek o wdzięcznej nazwie kszyk. Inna jego nazwa to bekas.

Kto ciekaw głosu kszyka, niech sobie kliknie na filmik niezrównanego kanału przyrodniczego Leśny Budzik: 

Niesamowity dźwięk, prawda? 

A wracając do naszych zidentyfikowanych latających obiektów, udało mi się niedawno złapać w obiektywie wilgę. Piękne te ptaki nie lubią się pokazywać publicznie, ale kiedyś pan wilga się zagapił, nie zauważył że jesteśmy na tarasie i rozśpiewał się siedząc na pobliskiej wierzbie.


No nie było czasu na wiele ujęć, więc znowu fota nienajlepsza, ale jest! Wilga jak żywa! tylko trochę nieostra...

Wilgi mieszkają u nas od maja, ich głosy słychać codziennie, więc pewnie mają tu gdzieś gniazdo i może uda nam się zobaczyć kiedyś też ich młodzież. Dwa lata temu latała ich cała gromadka, więc może i w tym roku się doczekamy.

Niedawno zaobserwowaliśmy wilgi w roli walecznych przeganiaczy kukułek. Kukułki, jak to kukułki, od rana do wieczora kukają sobie to tu, to tam. Często robią to siedząc na Ptasim Drzewie, a ja mam wtedy okazję do pstryknięcia fotki.
w


Raz nawet udało mi się zrobić fotkę z gatunku romantycznych, a to dzięki księżycowi, który w biały dzień pojawił się na niebie.


Kukanie jest ponoć komunikatem, którym pan kukuł zachęca panią kukułę do odwiedzenia wypatrzonego nieopodal gniazda z jajami. Jeśli to prawda, w okolicy będziemy mieć w tym roku wielkie stado kukułek, bo komunikaty lecą w eter wiele razy dziennie od początku maja aż do dziś, czyli do lipca. Doczytałam, że kukułki mogą znieść w sezonie i podrzucić do obcych gniazd nawet 18 jaj!

Proceder ten nie zawsze pozostaje niezauważony. Jak widać poniżej, wilgom nie spodobały się kukułcze komunikaty. Przez ładnych parę minut obserwowałam walkę pary wilg z kukułem.








Tym razem wilgom udało się kukuła przegonić, ale nie na długo. Za jakiś czas znowu sobie kukał nieopodal.

Jakiś czas temu na Ptasim Drzewie usiadł ptak, którego z daleka uznałam za gołębia. Aż do chwili kiedy się odezwał. Melodyjny, turkocący głos zmusił mnie do sięgnięcia po aparat. Aparat pełni u mnie też rolę lornetki, bo ma całkiem niezły zoom i czego nie widzę gołym okiem, to często mogę dojrzeć dzięki niemu.


Okazało się, że odwiedziła nas turkawka. 




I pomyśleć, że kilka lat temu myślałam że "turkawka" to inna nazwa gołębia tureckiego, czyli synogarlicy.  A tu któregoś dnia nawet spotkałam je obie naraz na "ptasim drzewie".


A więc nie jest to ten sam gatunek. To zupełnie inne ptaki, choć nie można im odmówić pewnego podobieństwa.

Największą jednak niespodziankę sprawiły nam ostatnio inne ptaszyska, które ni stąd ni zowąd usiadły sobie na szczycie widocznej z werandy brzozy.


Były to białe czaple, które widuję czasem z daleka na łąkach. No ale kto widział żeby czapla siadała na szczycie wysokiego drzewa? Pewnie chciały sobie poobserwować z góry rybki na rozlewiskach.

Jedna sobie zaraz poleciała, nie spodobałam jej się z aparatem w ręku.



ale drugiej udało mi się zrobić kilka zdjęć z całkiem bliska.





Pewnie myślała, że zza liści jej nie widać...

No i tak to jest w tym naszym ptasim raju. Ciągle coś nowego. Animal Planet po prostu. Ciekawe kto do nas następny przyleci...