wtorek, 22 listopada 2022

O widokach z werandy i nie tylko.


Tak wyglądał nasz domek kiedy go kupiliśmy. 

Taki sobie nieduży drewniany domek, zupełnie zwyczajny, a nas zachwycił. Tak jak i to miejsce.


Tu przed drzwiami balkonowymi wystawialiśmy z domu fotele i przesiadywaliśmy na nich czując się zupełnie jak na werandzie.



Siedząc w tym miejscu, patrząc na wodę i drzewa dookoła, można naprawdę zapomnieć o całym świecie. I nie jest ważna pora dnia ani roku. Ten widok zawsze mnie zachwyca.









Prawdziwa weranda była w planach i, prawdę mówiąc, dla mnie była jednym z najważniejszych pomysłów do zrealizowania. No i w tym roku wreszcie się doczekaliśmy!


Tu pierwszy dzień budowy, same słupki, a my już cieszyliśmy się z nich jak dzieci. 
Jak widać, poprzedni właściciel też już miał werandowe plany, nie zrealizował ich do końca. My tak!




Szkoda nam było zasłaniać dachem nasz ukochany widok z okna salonu, więc tylko połowa werandy jest zadaszona. Trochę to może dziwnie wygląda, ale tak ma być.



Wiosną obsadzę te słupki bluszczem i trzmieliną, myślę że za parę lat będzie pięknie wyglądało.


Pierwsza kawka wypita, choć weranda jeszcze w budowie. Cóż to była za frajda!



No i tak to teraz wygląda, choć bałagany remontowo-przeprowadzkowe trwają cały czas, to jednak jest coraz lepiej.


Przy okazji widać tu że zmieniliśmy również dach, choć stary nam w sumie nie przeszkadzał, to jednak był już nadszarpnięty tzw. zębem czasu. No i nie da się ukryć że cały dom też od razu inaczej wygląda. Jeszcze tylko na wiosnę odnowimy kolor impregnatem i będzie pięknie!






 

niedziela, 20 listopada 2022

Zimowo mi

 


Wiedziałam, że to musi nastąpić, ale listopad był do wczoraj tak łaskawy, że prawie zapomniałam że ona już tuż tuż. No i przyszła. Zrobiło się zimno i biało. Jak widać, oliwka została przez noc na werandzie, ale jakoś przeżyła. Doczytałam, że wytrzyma nawet 10 stopni mrozu, ale nie będziemy już jej więcej dręczyć.  Została ewakuowana i razem z nami będzie oglądała zimę przez okno i czekała na wiosnę.

No nie będę ukrywać, że zimy nie lubię i nawet tak piękny widok za oknem mnie nie wzrusza. Biało, zimno, ślisko, czym tu się wzruszać!

Przez pierwszą połowę dnia nie wychyliłam nosa z domu. No bo skoro już nic nie muszę, to ruszać się z domu w takie brrrr... zimowe dni nie zamierzam!

Dobra, potem trochę wyszłam, pieski zadowolone, biegają sobie radośnie i zlizują zewsząd śnieg.  Zamarznięta woda w misce też jest nie lada atrakcją,  a niech się cieszą!

Ja muszę też się jakoś nastawić pozytywnie, a pomaga mi w tym widok ptaków za oknem. Karmniki już mamy trzy, a w planach jeszcze jeden w rozmiarze XL, bo liczę że jakieś większe ptaszysko też zechce kiedyś się u nas pożywić. 

W ogóle to przypomniałam sobie, że dawniej nie ruszałam się z domu bez aparatu. Niby zawsze gdzieś w kieszeni jest komórka, ale takie zdjęcia to jednak nie to samo. Zwłaszcza zdjęcia zwierząt.

Widuję tu często sarny, przylatują też często różne ptaszyska, którym chciałabym zrobić zdjęcie. Mamy w okolicy na przykład białe czaple, które kilka razy ostatnio żerowały na naszych rojstach za płotem.  Ostatnio często też widuję kruki, dziś rano jeden siedział sobie na ptasim drzewie, gdybym tylko nie była taką gapą, mogłabym mieć piękne foty. 

Odwiedziły nas też niedawno trzy piękne bażanty. Oczywiście nie pomyślałam nawet o aparacie, zbyt przejęta tym, że musimy je wygonić, zanim nasze psiska zrobią to za nas. Niestety nie wiem czy uda nam się oduczyć małą Vidę od ganiania zwierzaków. Zarówno onka Aria, jak i jej zwariowana córeczka gonią wszystko co się rusza. I o ile dziki kot czy wiewiórka mogą im zagrać na nosie, to takiemu bażantowi szybka ucieczka  może się nie udać :-\

Postanowiłam więc ostatnio, że aparat wraca do łask, i nawet jadąc na zakupy będę go zabierała ze sobą. Ot i co!

Tymczasem dziś podejrzałam kwiczoła, jak sobie podjadał wiszące wciąż na drzewie jabłka. 










Oj, chyba mnie zauważył, choć zdjęcia robiłam przez okno. Trochę to zresztą widać, bo wszystkie są lekko nieostre. Ale co tam, myślę że jak na początek nowego fotograficznego rozdania mogą być, prawda?



wtorek, 15 listopada 2022

O ciszy na rojstach, Piesach i Niebie ...

Jedną z rzeczy które najbardziej tu lubię jest cisza. 

Oto ja, wychowana na warszawskim Mokotowie, mieszkająca przez ponad połowę dotychczasowego życia przy jednej z najruchliwszych jego ulic, nie mogę wprost nacieszyć się tą niesamowitą ciszą jaka panuje na naszych rojstach.

Pragnę tutaj zaznaczyć, że do szeroko pojętej ciszy wliczam odgłosy dzikiej zwierzyny, ptaków i nawet majowo-czerwcowych żabich rechotów, które skutecznie potrafią zagłuszyć nawet nocne słowicze trele. To dalej są dla mnie elementy ciszy na rojstach.

Latem ta cisza nie jest może doskonała, bo mamy w okolicy kilka sezonowych domów i czasem dolecą do nas jakieś ludzkie odgłosy, ale teraz nasza część wsi już opustoszała i mam nadzieję że do wiosny będziemy się mogli napawać ciszą prawie absolutną, jeśli nie liczyć odgłosów przyrody oraz naszej własnej osobistej hałaśliwej sfory czworonogów. No niestety, pieski raczej nie podzielają naszego zamiłowania do spokoju i byle pretekst wystarcza do wzniecenia wielkiego zbiorowego szczekania, czy to będzie wiewiórka śmigająca nieopodal po gałęziach drzew, czy też nie daj Boże nadjeżdżający samochód kuriera - największa ze wszystkich gratka, pozwalająca przegalopować z ujadaniem wzdłuż całego płotu. 

W sumie nie ma się co dziwić: w końcu to tylko my marzyliśmy o spokojnym życiu na końcu świata, one nie brały czynnego udziału w podejmowaniu decyzji, a głosowałyby zapewne jednak za życiem pełnym emocji, niewiarygodnych atrakcji i nawału szalonych doznań. 

Pozostaje im leżenie na tarasie i wypatrywanie tęsknym okiem śmigających wiewiórek czy kurierskiego samochodu...


Brakuje nam bardzo obecności dwóch naszych starszych Piesów: Milusi i Bohunka. Mieliśmy wielką nadzieję że zamieszkają tu z nami i razem z nami będą cieszyć się tym miejscem. 

Oboje bardzo lubili nasze weekendowo-wakacyjne pobyty na rojstach. 

Żadne z nich niestety nie doczekało przeprowadzki ... 





















Żal serce ściska, bo ten dom i to miejsce wybraliśmy również dla nich. 

Staraliśmy się by spędzili tu z nami jak najwięcej czasu, ale to było o wiele za mało. Tak jak o wiele za krótkie jest psie życie i o wiele za szybko przychodzi nam się rozstać.

Czy znacie taki film z Robinem Williamsem "Między Piekłem a Niebem" ? Jeśli nie, to bardzo go polecam.

Zapamiętałam sobie z niego między innymi to, że każdy z nas po życiu może mieć takie Niebo, jakie jego wyobraźnia sobie namaluje i spotkać tam będzie mógł wszystkich tych, których zechce spotkać. Nie muszę chyba wyjaśniać, że moje Niebo wyglądać będzie tak jak poniżej, a wśród Kochanych Istot które do nas przyjdą, cała nasza wielka Psia Rodzinka będzie na zawsze z nami. 





piątek, 11 listopada 2022

Remonty remontami ...

Zostawmy remonty. Jeszcze do nich wrócę na pewno, bo temat trwa i trwa, choć naprawdę już wszystko trudne mamy za sobą. Mamy gdzie mieszkać, jest nam ciepło, zimę przetrwamy (mam nadzieję), a potem przyjdzie znów wiosna, na co liczę ...

A tymczasem coraz bliżej do zimy. Nie ukrywam że trochę się jej boję, choć nie jest to może aż strach, tyko taka niepewność: jak uda nam się przetrwać ten zimowy czas ?
Od lat nie lubię zimy, nie znoszę marznąć, a najbardziej chyba dokucza mi zimowy brak słońca, krótki dzień, szarobure kolory dookoła. Prawie co roku zaliczałam jesienną deprechę i gdyby nie rola kobiety pracującej, to najchętniej hibernowałabym się jak bieszczadzkie miśki w oczekiwaniu wiosny.

No ale z kobietą pracującą już definitywnie skończyłam. Odpadnie mi już większość nielubianych zimowych okoliczności, takich jak wstawanie przed wschodem słońca czy wychodzenie z biura już po jego zajściu. Pamiętam jak co roku czekałam z utęsknieniem na ten dzień kiedy dojadę po pracy do domu jeszcze po widnemu! Co za radość! 

Kto wie, może oglądanie zimy przez okno i korzystanie z jej "uroków" wyłącznie wtedy gdy będę miała na to ochotę nie będzie aż takie straszne ? To się okaże. 

Poza tym, zima na wsi może obfitować w nadmiar wolnego czasu, na co w sumie czekam od lat :) Obym tylko zdążyła przed zimą rozłożyć się w naszym przyciasnym domku z moimi skarbami czyli przydasiami do robótek wszelakich, bo bez przydasiów nadmiar wolnego czasu zużywać bym musiała na rozwijanie nowych zdolności, w tym blogowe grafomaństwo ... ;P

Przyznać muszę, że tegoroczna jesień jest dla nas łaskawa. Słoneczne i niemal ciepłe dni w listopadzie nieczęsto się w życiu zdarzają. Dzięki nim prawie udało nam się uporać z poprzeprowadzkowym bałaganem, a ja w międzyczasie zdążyłam już wsadzić do ziemi prawie wszystkie roślinki wywiezione z mojego dawnego ogródka. 

No i mimo że to już prawie połowa listopada, nadal możemy sobie popijać kawkę na naszej nowej  werandzie i podziwiać widok naszego niemiłosiernie w tym roku zarośniętego ogrodu, oraz rojsty za płotem, dobrze o tej porze widoczne przez bezlistne gałęzie drzew. Opatuleni w wełniane koce i szczęśliwi!