czwartek, 2 marca 2023

Lecą żurawie, itp.

Nareszcie! Codziennie znów słychać ich klangor. Wróciły!

Wiem, że są miejsca w Polsce, z których żurawie nie odlatują na zimę, u nas niestety zimy przeczekać nie chcą. Ale za to jak przyjemnie znów je usłyszeć, po tak długiej przerwie! 

Nawet jednego widziałam, co prawda ponoć jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale żuraw jednak czyni!

Zdjęcia na dowód niestety nie posiadam, bo żuraw tylko przeleciał mi (nisko!) nad głową, a ja stałam i kontemplowałam jego przelot w tak zwanym niemym zachwycie. Zresztą i tak nie miałam ze sobą aparatu, bo ostatnio przypadła mi w udziale edukacja spacerowa naszej szalonej psiej młodzieży i póki co nie jestem w stanie połączyć pięknego z pożytecznym, czyli wymagających chwilowego bezruchu i skupienia czynności foto-artystycznych z wymagającymi sporego i często zgoła nieprzewidywalnego ruchu zadaniami edukatorki spacerowej 😁, a nasza Vidzia jest mocno w tym zakresie wymagająca ...

Prawdę mówiąc, czasem już nie mam siły do tej edukacji, bo czarna bestia mocarna jest bardzo, 27 kilo żywej niewychowanej wagi, no ale to wszystko przecież nie jej wina, bo to my nie zdążyliśmy jej wychować w odpowiednim czasie! Dzieciństwo Vidy przypadło na najgorętszy w naszym ostatnim życiu okres, czyli czas wielkiej przeprowadzki i jeszcze większego remontu! Mam nadzieję, że jakoś nadrobimy te zaległości, kto by zresztą mógł mieć jakiekolwiek pretensje do takiego słodkiego pychola...

Wracam do żurawi. Ciężka z nimi sprawa, bo choć słyszymy je codziennie, od wiosny do późnej jesieni, czasem naprawdę z bliska, to spotkać je osobiście dość trudno. Strasznie płochliwe są i nie lubią być podglądane. Mam tylko kilka fotek sprzed dwóch lat, kiedy udało nam się je zobaczyć z dość dużej odległości na naszych dzikich polach.


Oczywiście marna fota, bo było to tuż przed wieczorem i pstrykane z oddali, ale co widać to widać. Były żurawie? Były. I na pewno jeszcze będą, bo nie spocznę póki ich z bliska nie spotkam. 

Wczoraj natomiast wypatrzyłam wysoko na niebie bardzo duże drapieżne ptaszysko, i nawet udało mi się je złapać w obiektywie, ale tylko jedna fota wyszła w miarę czytelna...


Oczywiście "w miarę czytelna" fotka, wcale nie znaczy wcale że będzie ostra, hehe.

Ale po powiększeniu zdjęcia serce mi mocniej zabiło, czym prędzej sprawdziłam sobie w  encyklopedii ptaków i na wszelki wypadek dopytałam jeszcze na ptasiej grupie na fejsie i tak! spotkałam bielika! 


Hehe, on to nawet nie wie, że go spotkałam, a ja czuję się jakbym osobiście doznała zaszczytu uściśnięcia orlej prawicy. Wiem, wiem: bielik nie jest tak naprawdę orłem, ale tak potocznie się zwykło go nazywać, więc pozwoliłam sobie na małą nieścisłość ornitologiczną, co mi tam. Orla prawica to brzmi dumnie!

Dobra, zanosi się że dzisiejsza notka będzie na wskroś ornitologiczna, bo nie byłabym sobą gdybym nie pochwaliła się jeszcze jednym spotkaniem. 

W naszej okolicy dużo jest jemioły na drzewach, niestety wpływa to na ich zdrowie, co widać gołym okiem, a szczególnie kiepsko wygląda nasze "ptasie drzewo" łyse już i suche chyba całkiem. Ale skoro już jest ta jemioła, to powinny pojawić się i jemiołuszki, prawda? Prawda!


No i pojawiły się wczoraj całym stadem, obsiadły okoliczne drzewa i przez kilka godzin raczyły się  jagodami jemioły. 





Śliczne ptaki, prawda? Szkoda, że nie mieszkają u nas na stałe. Przylatują z Północy na zimową wyżerkę, a ich ulubionymi owocami są ponoć jagody jarzębiny. Widać wyjadły już całą okoliczną jarzębinę, skoro zawitały do naszej jemiołowej stołówki.




Jak zawsze fotki nienajlepsze, doprawdy nie wiem, czemu ptaszki muszą chować się wśród gałęzi, zamiast przyzwoicie zapozować. Mój aparat głupieje wtedy i nie łapie dobrze ostrości, ale i tak widać jakie to są piękne ptaki! Szczególnie te kolorowe końcówki piórek na skrzydłach! Jak domalowane!


A na koniec fotka może niezbyt elegancka i niedobra jakościowo, ale jednak z powodzeniem może posłużyć za naukowy dowód w temacie "jak rozmnaża się jemioła".


Tak właśnie!

Swoją drogą podziwiam jaką szybką mają przemianę materii te ptaszki ... 😂

Wracając do rozmnażania jemioły, robiłam kiedyś maść z jej owoców i dobrze pamiętam ich kleistą konsystencję. Butapren by się nie powstydził! Gdy więc taki, powiedzmy, efekt końcowy spożycia owoców jemioły spadnie na jakąś gałązkę, z pewnością przykleja się do niej na amen! A potem to już inwazyjne nasionko daje sobie świetnie radę, wyrastając na kolejny liściasty egzemplarz jemioły. I tak w kółko, obieg zamknięty, jak to w przyrodzie.

Ptactwo się w ogóle bardzo ożywiło, ciągle jakieś klucze i mini-klucze przelatują nam nad głowami w tę i z powrotem. Jedne gęgają, inne kwaczą, żurawie robią najwięcej hałasu, bo ich przenikliwy głos daleko się niesie, brak tylko jeszcze bocianów, ale to już chyba tylko kwestia paru dni, bo czytałam że gdzieniegdzie już są!

A dwa dni temu podglądałam zza płota naszą znajomą parkę łabędzi:


Zazwyczaj płochliwe, tym razem zupełnie nie przejmowały się moją obecnością, ani harcującymi po ogrodzie psami.





Raz tylko złapałam czujne spojrzenie. 


Ale zaraz potem nastąpił dalszy ciąg toalety.



To było przedwczoraj. 

A dziś za płotem pojawiły się dwie gęgawy. Czyżby zakładały gniazdo w pobliżu?
 



Dziś zrobiłam im niewiele fotek, ale w jednej z pierwszych moich notek znajdziecie je w całej krasie!

Fajny ten nasz płot! 

No i cudowny jest ten świat tuż za nim, na wyciągnięcie ręki!

Na koniec mały akcencik na dowód, że nie tylko ptaki się już wiosennie ożywiły. Z okna łazienki zobaczyłam dziś wiewiórkę, która taszcząc w pyszczku ogromny kłąb suchej trawy, wdrapywała się na rosnącą obok domu jodłę. Pomyślałam, że pewnie ma tam dziuplę, którą szykuje dla nowego potomstwa. No więc pobiegłam podejrzeć gdzie ta dziupla.

Dziupli nie wypatrzyłam, ale poczułam na sobie zaniepokojone spojrzenie rudzielca:



Siedziała na gałęzi bez ruchu i przyglądała mi się bacznie. Widzicie to spojrzenie ?




No więc poszłam sobie zaraz, nie chciałam jej za mocno stresować. Co się będę wtrącać. Jeśli ma tam gdzieś ukrytą dziuplę, to się bardzo cieszę, bo jest szansa na powiększenie wiewiórczej rodzinki!

Miałam jeszcze opowiedzieć o gangu trzech bażantów, który wałęsa się po naszej okolicy, o licznej sarniej rodzince, która mieszka w brzozowym lesie na górce i którą codziennie widuję pasącą się na łące,  oraz o nocnym powrocie autem z Warszawy, kiedy to na ostatnim kilkukilometrowym odcinku drogi SZEŚĆ razy sarny wychodziły mi na drogę, tuż przed autem. W nocy po lokalnych drogach jeżdżę zawsze bardzo wolno, a tego dnia, po kolejnym takim spotkaniu, jechałam już chyba dwudziestką, bo choć w świetle reflektorów oczy zwierząt widać z dużej odległości, to i tak bałam się przyspieszyć. Raz zresztą zupełnie się musiałam zatrzymać, bo jedna sarna sobie przeszła przez drogę, a druga się chciała wcześniej dobrze zastanowić... 

Niesamowite, prawda? Ot po prostu sarnia noc! Żałowałam, że nie mam w aucie kamerki, no ale nie mam. Musicie mi wierzyć na słowo i tyle.

Zresztą doczekałam się i łosia na drodze przed autem. Wczoraj wracałam z Córką do domu i nawet nie było jeszcze nocy, tylko zapadł był właśnie zmrok. Czyli jakaś 17.00 godzina z kawałkiem. I stał sobie na środku drogi ŁOŚ. No to ja też stanęłam. I pomna wszystkich ostrzeżeń, nie za blisko, tak na wszelki wypadek 😜 A on postał chwile i zszedł na bok. A tam, w ciemności zamajaczyła nam postać drugiego łosia. Ależ one są wielkie!

Tak że temat łosiowy uważam za ogarnięty. Wiem że naprawdę tutaj są, widziałam je z bliska i one mnie też widziały. Czyli znamy się.

Teraz pora na żurawie! 


niedziela, 19 lutego 2023

O psach ogrodnika.

Psy i ogród to są zjawiska całkowicie niekompatybilne! Pewnie każdy "psi" ogrodnik zna dobrze ten ból. Oszaleć można!

Choć całkiem dobrze pamiętam, że wiele lat temu moja Mama sunię swoją ONkę wychowała tak, że ta chodziła w ogrodzie wyłącznie po ścieżkach i nie zdarzyło jej się nigdy wykopać nic na rabatkach, ale to chyba był jakiś psi wyjątek, zapewne potwierdzający regułę.

Moje wcześniejsze psinki zachowywały jakiś zdrowy dystans do moich ogrodowych kącików, natomiast bieżąca ekipa przyprawia mnie o ból głowy. Aż się boję co będzie dalej, skoro zimą było tak wesoło!

Wygryzione hortensje już pokazywałam. Na dniach będę je wszystkie ogradzać kółeczkami z siatki, bo nie chciałabym być w skórze tych futrzastych czworonogów, jeśli by mi zniszczyły rosnące już krzaczki! 

Te bandytki zdążyły już też połamać gałęzie mahonii i kaliny wonnej, ale było to już jakiś czas temu i udało mi się zachować stoicki spokój, bo wstawiłam połamane gałązki do wody w celu ich ukorzenienia (że niby z każdego nieszczęścia można wykuć coś pożytecznego).

Coraz więcej mam też w ogrodzie wilczych dołów...


Te akurat są daleko od moich rabat kwiatowych, ale wiem że lada chwila i na rabatkach coś podobnego może się przytrafić. Kombinuję zatem jak tu uchronić moje ukochane pieski przed zemstą wkurzonej ogrodniczki, czyli czym i jak ogrodzić rośliny przed tymi potworami!

Dwa lata temu bawiłam się trochę wikliną, dostałam od znajomej sporo wiklinowych odpadów i wymyśliłam sobie takie mini płotki:




No ale nie da się ukryć, że moje wiklinowe płoteczki mają wymiar mocno symboliczny i, obawiam się że dla psów ogrodnika ta symbolika będzie niezbyt zrozumiała...

A ponieważ wiosna, jak powszechnie wiadomo, zbliża się już WIELKIMI KROKAMI, będę musiała wykombinować szybko coś konkretniejszego!

W ogóle to mamy niezły kłopot z naszą najmłodszą latoroślą, czyli Vidą. Wykombinowała sobie, że za płotem jest prawdziwe psie Eldorado i nie ma dnia żeby nie usiłowała się tam przedostać. A pomysłowa jest bestia strasznie!

Nasz teren jest ogrodzony tzw, siatką leśną. 

Dotychczas zupełnie to nam wystarczało, nie licząc corocznych ataków białodupek, czyli głodnych saren, które rok w rok wbijały się nam do ogrodu pod koniec zimy i wyżerały większość zimozielonych roślin. W tym roku raczej nie wpadną, bo nie sądzę żeby chciały spotkać na swej drodze szczekającą konkurencję. 

Siatka leśna okazała się jednak niewystarczającą barierą dla naszej szalonej małolaty, która wie już dokładnie gdzie i jak można znaleźć słaby punkt i umie wysmyknąć się z ogrodu.

My oczywiście też się dowiadujemy, niestety najczęściej po czasie. Potem biegniemy tam, łatamy, naprawiamy, uszczelniamy,

 a potem ona szuka nowego miejsca i cała zabawa od początku. 

Najprościej byłoby wymienić całe ogrodzenie na solidną siatkę z podmurówką, ale to zbyt duże koszty przy naszym metrażu, więc pozostają nam niestety półśrodki, w ramach których ostatnio przyczepiam drugą siatkę leśną, tym razem o mniejszych kwadratowych oczkach, do tej pierwszej, licząc że ta mała łajza nie zdoła wykombinować jak je obie naraz pokonać. 



Wygląda to może nie najpiękniej, ale prawdę mówiąc zależy nam tylko na tym, żeby Vida nie mogła wyłazić na zewnątrz, bo choć póki co trzyma się blisko domu, to nigdy nie wiadomo co jej do tej czarnej głowy strzelić może. A tu i duże lasy są blisko, i jeszcze większe łąki, i do szosy nie tak daleko...  No strach pomyśleć.

Mam jeszcze malutką nadzieję, że kiedy Vida dorośnie (och, kiedy to wreszcie nastąpi!), przestanie miewać te głupie pomysły, ale kto wie, Hana mnie już nastraszyła że to może być po prostu psi ucieczkowy charakterek i tyle!

Tym swoim oślim uporem Vida bardzo przypomina naszego kochanego Bohunka, który również miewał swoje pomysły, od których to pomysłów nie dawał się łatwo odwieść. Sztandarowym jego wyczynem była walka z nami w imię swojej wielkiej miłości do kompostownika, a raczej do jego przegniłej zawartości. Nieważne co tam wyrzuciliśmy, wszystko musiało przejść przez kontrolę jakości i przydatności do spożycia.



A ponieważ nie wszystko co tam wyrzucaliśmy nadawało się do spożycia przez psa, zmuszeni byliśmy do ogrodzenia kompostu, co jak się zapewne domyślacie, nie zakończyło wcale tej historii. 

Przez kilka dobrych tygodni trwała wspólna zabawa w "kto sprytniejszy". No i kurczę, sprytny był ten nasz Bohunek! Jeden płotek rozmontował od dołu, następny sforsował siłą. Drewnianą furteczkę rozwalił w drobiazgi, i dopiero kiedy podejrzeliśmy jak odsuwa pyskiem betonowy słupek, zdaliśmy sobie sprawę że to nie żarty! ;) 


W końcu udało nam się wygrać tę batalię o kompost, ale nie była to łatwa sprawa, o nie! 

To nie pierwszy raz kiedy zachowanie Vidy przypomina mi Bohuna. I tak sobie naprawdę myślę, że ta mała psina, cała czarna, z tym swoim białym krawacikiem, z tym zawadiackim charakterkiem, ze swą miłością do taplania się w wodzie, tym sprytem i uporem godnym prawdziwego niufa - to na pewno nowe wcielenie naszego kochanego kudłacza. Tak myślę i już!




środa, 15 lutego 2023

No i gdzie ona?


Już teraz wiem na czym polega czekanie na wiosnę na wschodnich rubieżach. Czeka się, czeka  i czeka, a jej nie ma, nie ma i nie ma!

Na instagramach i innych pokazywarkach pełno już kwitnących u ludzi ciemierników, przebiśniegów, ranników, tylko u mnie wciąż bida. Pocieszam się, że mogłam wylądować w Bieszczadach, tak jak to kiedyś mi się marzyło. W sumie wyleczyłam się z tego marzenia głównie przez zbyt długo ciągnącą się tam zimę. Wszystko fajnie, ładnie, pięknie, ale dość już tego! Idź sobie, zimo! Precz i już!

Chodzę po ogrodzie i szukam tej wiosny, a tu wszystko jak stało w miejscu, tak stoi. 

Niestety, okazało się że nie tylko ja chodzę po ogrodzie i szukam tej wiosny. Jak mawiał mój Tato, albo się ma psy, albo się ma ogród. No a ja uparłam się że chcę mieć i psy, i ogród. No to mam co chciałam: łobuzy zaczęły szukać wiosny razem ze mną...



Tak, ja wiem że na tych zdjęciach niewiele widać. Bo i niewiele tam zostało z moich roślinek! Na górze widać jak potraktowały moje piękne ciemierniki, a te dwa poniższe szczątkowiska, to moje ukochane hortensje. Anabelka została dosłownie wygryziona, całe szczęście że zawsze odbija od dołu, więc może nie bardzo jej te zabiegi zaszkodziły, no ale co się wściekłam to moje. 

Eh, znów będę musiała grodzić wszystko płotami i płotkami. I żeby jeszcze zechciały je łaskawie uszanować!

Naiwnie sobie myślałam, że w odróżnieniu od podsikujących drzewa i krzaczki psów, suki będą w ogrodzie o wiele mniej szkodliwe. Zapomniałam, że one wprost kochają kopać dziury! A już ta nasza banda (aktualnie na stanie cztery sztuki, bo dołączyła do nas Córeczka ze swoją rudą Pandzią), jak się rozszaleje, to nie da się ich powstrzymać. Załamka po prostu.

Na pocieszenie znalazłam kiełkujące w doniczce tulipanki:


Posadziłam w tym roku wszystkie w doniczkach, żeby nie wyżarły ich myszy, tak jak ostatnio. Typowe koszyczki do roślin cebulowych okazały się być mocno przereklamowane, a być może to miejscowe  myszy okazały się być sprytniejsze od przeciętnych, bo nie mogąc dotrzeć do cebulki od dołu, wygryzły je włażąc od góry. Wymyśliłam więc że w tym roku cebulki wylądują posadzone w głębokich doniczkach. A teraz widzę, że chyba będę je musiała ewakuować razem z tymi doniczkami, zanim zostaną odkryte przez moich "poszukiwaczy wiosny". Będą miały chyba o wiele większe szanse na przeżycie, a ja na niczym nie zmącone estetyczne doznania.

A co mi tam, wstawię tu kilka tulipanków z zeszłego roku, kto mi zabroni, może zanęcę tę cholerną wiosnę ?...







Śliczne były, prawda? Ciekawe ile z nich zobaczę w tym roku.

No tak, ale te tulipankowe zdjęcia są z maja, a tu dopiero połowa lutego! 

Nic to, muszę jakoś przetrwać jeszcze te dwa tygodnie, potem już do samej nazwy miesiąca serce się będzie radować. Marzec już na kilometr pachnie wiosną!

Tymczasem wkleję parę fotek z ostatnich spacerków. Trzeba przyznać, że nawet w lutym widoki naszych dzikich pól potrafią ucieszyć oko (oraz duszę).





A zwłaszcza kiedy zza krzaków uda się podejrzeć sąsiadów!








Sąsiedzi żyją sobie spokojnie na rozlewiskach, czasem dopływają aż na nasze rojsty za płotem, ale psy niestety za głośno się z nimi witają, a łabędzie chyba nie przepadają za rozgłosem.

Zastanawiam się gdzie się podziały ich dzieciaki. Jeszcze na listopadowych fotkach widać całą rodzinkę. Doliczyłam się wtedy aż siedmiorga młodych.


Teraz już młodzieży nie widać, pewnie się gdzieś wyprowadziła, zostawiając rodziców na "starych śmieciach". Na wiosnę zapewne będzie już nowe rodzeństwo. Chciałabym podejrzeć maluchy w stadium "brzydkich kaczątek". Może mi się to kiedyś uda...

Ptactwa ostatnio słychać trochę więcej i trochę też weselsze mają głosy. Oby to był już ten dobry zwiastun, na który czekam z utęsknieniem!