sobota, 10 grudnia 2022

Jaśnie Panie Rezydentki

Już chyba czas najwyższy przedstawić bliżej trzy nasze Jaśnie Panie Rezydentki. 

Poznajcie zatem Fibi, zwaną niekiedy Owieczką.



Fibi jest przedstawicielką Pastuszków Podhalańskich, mało znanej rasy polskich psów zaganiających, pracujących obok Owczarków Podhalańskich przy wypasie owiec. Pięć lat temu została wyzwolona z ciemnej szopy, w której razem z innymi psami wegetowała, czekając na kolejny wiosenny redyk. Oglądałam filmik z tej interwencji i powiem Wam, że widok tych biednych, brudnych, zagłodzonych, skołtunionych i przerażonych psów łamie serca. W okresie zimowym nie są potrzebne do wypasu, więc bardzo często tak właśnie są traktowane: jak niepotrzebne darmozjady, trzymane gdziekolwiek, karmione czymkolwiek.

No ale Fibcia i jej towarzysze mieli szczęście. Fibi trafiła do mojej ulubionej Fundacji Pasterze, a potem już prosto do nas. 

Początkowo cichutka i nieśmiała, obecnie pełni w naszym domu aktywną rolę psa stróżująco-kanapowego, a w zależności od pory dnia, również poduszkowego. 





Ponieważ, jako pies pracujący, nie znosi bezczynności, nawet podczas wieczornego odpoczynku lubi opowiadać podhalańskie baśnie wprost do ucha...


Jest też znakomitą sygnalistką, witającą donośnym ujadaniem każdą obcą istotę pojawiającą się na horyzoncie, czy to będzie kurier DPD czy ruda wiewiórka, lub nieostrożny bażant, któremu przyjdzie do głowy nieopatrznie i nie wiadomo po co przefrunąć przez nasz płot.  

Jest też jedynym psem jakiego znam, który reaguje szczekaniem, kiedy się do niego powie "hau-hau". ;)

Fibi kocha zabawki, ale najbardziej lubi je podkradać innym, a potem ich pilnować. Pewnie pilnuje czy się gdzieś nie rozłażą, tak jak to robiły owce na hali.


Fibcia kochała bardzo, i to z wielką wzajemnością, naszego Bohunka, który odszedł od nas już ponad rok temu. Widok tej dwójki podczas zabawy rozśmieszał nas zawsze do łez:







Taka była z nich śmieszna para jak z samowara... Bardzo nam brak tych ich harców.💔

Drugą naszą rezydentką jest Aria. Tak jak już pisałam,  trafiła do nas wprost ze schroniska: brudna, chuda, zabiedzona. Ale bardzo pojętna z niej sunia. Już drugiego dnia załapała jaką rolę odgrywają w życiu psa kanapy. 




Na początku potulna i bardzo spokojna, po odejściu najstarszej naszej suni, Miluni, Aria postanowiła przejąć stery w psiej rodzince i mianowała się szefową. Ja mówię do niej odtąd Pani Sierżant.



Pani Sierżant jest bardzo czujna na psie wybryki, ale, co szczególne, bardzo rzadko dyscyplinuje swoją postrzeloną córeczkę, choćby ta rozrabiała na całego, co i owszem robi nader często. Pozwala małej wchodzić sobie na głowę z podziwu godną matczyną cierpliwością. Jednego czego nie toleruje, to zabierania sobie piłeczki lub smakołyka, ale udało jej się kiedyś raz a dobrze Vidę skarcić i w tej chwili wystarczy już jedno cichutkie warknięcie żeby mała sobie to przypomniała i się wycofała. 

Sierżant Aria bardzo pilnuje natomiast zachowania naszej Owieczki, która bogu ducha winna, dzięki swej wrodzonej nieśmiałości i delikatności, zawsze ląduje na końcu "drabiny" w naszym psim stadku. Doszło do tego że staramy się jak najmniej zwracać uwagę Fibci, bo natychmiast zjawia się jakby spod ziemi Aria, gotowa aby wprowadzić wojskowy ORDNUNG. To ci owczarka jedna! 

Na co dzień jednak żyją w zgodzie, dzieląc ze sobą miejsca na kanapach, łóżkach i fotelach, jak przystało na prawowite Jaśnie Panie Rezydentki naszego domu...



No i wreszcie trzecia, najmłodsza nasza Rezydentka i nasze oczko w głowie: straszna rozrabiaka i, jak mawia mój małżonek "pies z potencjałem", który inteligencją ma przerosnąć (kiedyś podobno) wszystkie nasze psy... 

Oto Vida, o nie przypadkowym przydomku "La Loca" ;)


O tym skąd się u nas wzięła pisałam kilka notek temu , a całą jej historię możecie znaleźć TUTAJ . Taki psi-padecek, a może raczej psia Opatrzność, która postanowiła ocalić maleńkie psie życie i umieściła w naszej rodzince to szalone lecz bardzo kochane stworzenie.

Przyznaję, że nigdy nie chciałam mieć w domu szczeniaka, nie robią na mnie wrażenia puchate kuleczki, zbyt jestem prozaiczna czy też praktyczna, dlatego adoptowaliśmy zawsze psy dorosłe, które miały już poukładane w głowie i wiedziałam mniej więcej czego się można po nich spodziewać. 

Tym razem zostałam znokautowana znienacka ;P  

Pojawiła się ta mała czarna kluseczka i postawiła mnie przed faktem dokonanym.








Kluseczka rosła jak na drożdżach, ale też wraz ze wzrostem nabierała charakterku. Porównajcie sobie te dwa zdjęcia, jak w kilkanaście dni zmieniła się jej minka, z kluseczkowatego niewinnego aniołeczka w czarnego diablito.. ;P


No i taka ona jest ta nasza Vida: słodka, choć już dawno nie kluseczka, i jednocześnie małe diablito wprost nie do ujarzmienia...

Mała skończyła właśnie 8 miesięcy i, choć z każdym miesiącem poważnieje odrobinkę, daje nam nieraz czadu, że hej! 

Ale jednocześnie obserwowanie jej to dla nas ogromna frajda. 


Pierwsze wyjście z domu na świat.


Zabawy z mamusią.


Z mamusią zawsze najlepiej.


Wielkie odkrycie: jak się łapą grzebnie, to ziemia się sypie!


Grzebiemy, grzebiemy!...


Radość życia! 


Jedzonkiem pachnie, ale im bardziej zaglądam tym bardziej jedzonka tam nie ma...


Zamiast telewizora, suszarka do prania ...


Rety, ktoś obcy wlazł do pudełka i śpiewa!

No nie da się ukryć, że radości z nią mamy co nie miara, choć tak naprawdę nie mogę się doczekać kiedy dzieciątko dorośnie i zacznie zachowywać się jak duży i mądry pies...

Nie mogę się nadziwić, że kiedyś nie mieliśmy psów! Teraz takie życie wydaje mi się zupełnie niemożliwe. Jak mogliśmy w ogóle żyć bez tych machających do nas radośnie ogonów, nastawionych uważnie w naszą stronę uszu, bez śledzących nasz każdy ruch oczu, bez psich harców, przytulasków i głasków... Bez tej wielkiej psiej miłości! 

To prawda, że każdy odchodzący od nas Psiak zostawia za sobą ogromną dziurę i bliznę w sercu, wielki ból i żal, że ONE nie żyją tyle co my. Zawsze jest tego wspólnego czasu o wiele za mało! I tego się przecież nie da zmienić, niestety.

Ale wiecie co? Im więcej tych blizn, tym więcej miejsca w sercu się robi dla następnych psiaków, mimo smutku, mimo bólu. Nie wiem co to za zjawisko. Cud jakiś, słowo daję...  






niedziela, 4 grudnia 2022

Między książkami

Po kilkunastu latach przerwy znów będziemy mieszkać razem z naszymi wszystkimi książkami!

Już jako dziecko miałam lekkiego fioła na punkcie książek i czytania. I oczywiście, jak wiele dziewczynek w tamtych latach, marzyłam żeby zostać bibliotekarką. W podstawówce po lekcjach pomagałam paniom w szkolnej bibliotece, cóż to była za frajda! Do dziś pamiętam niewielkie pomieszczenie pełne regałów i książek obłożonych w szary papier. Bardzo lubiłam chodzić między nimi, układać i przeglądać wszystkie książki, niekoniecznie przeznaczone dla dzieci. Po skończeniu studiów moje marzenie z dzieciństwa wreszcie się spełniło i sama stałam się na kilka lat panią bibliotekarką, w wydziałowej bibliotece. Najcudowniejsze moje zawodowe lata!

Jakoś nigdy nie przekonałam się do czytania książek w formie elektronicznej. No nie i już. Nic nie jest w stanie zastąpić mi dotyku, zapachu czy szelestu kartek. Uważam że książka papierowa ma swoją książkową "duszę", której pozbawiony jest elektroniczny tekst na czytniku, choćby był najlepszy. No taka już zacofana jestem, w niektórych dziedzinach wprost nieuleczalnie.

Oczywiście ta miłość do książek miała i nadal ma odzwierciedlenie w manii ich posiadania. W tak zwanej wczesnej młodości mieszkaliśmy z trójką dzieci w dwupokojowym mieszkaniu. Bardzo to było fajne mieszkanko, ale miejsca w nim nie było już na nic. Dzieciarnia zajmowała jeden pokój a my i nasze książki drugi. Dzieci zresztą też szybko obrosły w książki, bo to u nas rodzinne. Całe nasze mieszkanie było zagracone po brzegi. Ściany pokoju zakryte były półkami, a na półkach mieszkały nasze książki. Teraz wspominam te lata z lekką nostalgią, ale pamiętam też, że pod koniec było nam naprawdę ciasno. Ale, choć nie było już w domu miejsca na nic, zawsze udawało się upchnąć na półkach jakiś kolejny tomik.

Kiedy szesnaście lat temu udało nam się przeprowadzić do dużego domu, nareszcie trochę się rozgęściliśmy. Każde z nas dostało swój pokój, oprócz tego był tam salon, nasza, czyli rodziców, sypialnia, garderoba i osobna biblioteczka. Wszystkie niemal nasze książki wylądowały właśnie w tym ostatnim pomieszczeniu. Nie wiem właściwie czemu, ale wydało się nam to najlepszym rozwiązaniem. I tak sobie mieszkaliśmy przez lat kilkanaście, z dala od naszych starych książek, które na najwyższym piętrze domu żyły sobie swoim własnym życiem, trochę jakby w zapomnieniu. Z czasem pojawiły oczywiście się nowe książki, które z lekka zawładnęły naszą codzienną przestrzenią w salonie. Później odziedziczyliśmy też dość pokaźny księgozbiór Rodziców i kolejne tomy zamieszkały z nami. 

No a teraz historia zatoczyła kółeczko i po szesnastu latach znów przyszło nam zamieszkać w dwóch pokojach. Nasze książki przywędrowały oczywiście tutaj z nami. I dopiero teraz poczuliśmy jak bardzo się za nimi stęskniliśmy! 

Przez trzy miesiące, odkąd tu mieszkamy, kilkadziesiąt kartonów z książkami czekało na wypakowanie, ulokowane bezpiecznie pod dachem, w naszej sypialni. No ale doczekaliśmy się! 

Oto wreszcie powstał on: REGAŁ! 




Regał rósł powoli, przez dwa czy trzy tygodnie, a my cieszyliśmy się z niego jak dzieci! 

Niestety, nasz salon, który wcześniej wydawał się całkiem sporym pokojem, nagle stał się mały... ale za to całkiem przytulny! 

No i, co najważniejsze, wszystkie nasze książki zmieściły się na półkach, choć mieliśmy co do tego wątpliwości.  Powiedziałabym nawet, że zostało nawet jeszcze troszkę wolnego miejsca na jakieś ewentualne drobne zakupy :)  W najgorszym razie, można przecież zawsze ustawić książki w dwóch rzędach...

Wypakowanie wszystkich książek zajęło nam chyba ze trzy dni, ale i tak nie udało się ich od razu sensownie poukładać, więc czeka nas jeszcze niezła robótka. Ale za to ile przyjemności!

To niesamowite uczucie kiedy odkrywa się na nowo książki dawno zapomniane, dawno  przeczytane, albo takie które od lat na przeczytanie czekają. Nudzić to się tu na pewno nigdy nie będziemy!

Odnalazłam kilka książek z mojego dzieciństwa, a najbardziej, w sumie nie wiem czemu, ucieszyła mnie gruba, stara księga baśni, którą uwielbiałam jako dziecko i tyle razy przeczytałam, że wiele z tych baśni pamiętam do dziś. 


Książka jest stareńka, nawet starsza ode mnie! Nie pamiętam co prawda od kogo ją dostałam, już używaną, ale była ze mną przez wiele lat. Zresztą jest porządnie "wyczytana", co da się zauważyć. Te numerki to zdaje się pozostałości po mojej zabawie w domową bibliotekę, no niestety, mała byłam. Jako duży człowiek już nigdy nie pisałam po książkach. Nienawidzę też podkreśleń i dopisków!

No i oczywiście odnalazła się moja ukochana Ania z Zielonego Wzgórza, pierwsza w całości samodzielnie przeczytana przeze mnie książka. "Odnalazła się" to w sumie złe określenie, bo nigdy się  nigdzie nie zapodziała. Jest ze mną od zawsze i zawsze wiem gdzie! :)


Mamy dużo takich starych wydań, oraz późniejszych, z lat peerelowo-kryzysowych, drukowanych na gazetowym papierze, ale, o ile niektóre z nich mogłabym mieć w ładniejszym, nowszym wydaniu, to akurat "Ania" podoba mi się tylko ta. Ma najpiękniejsze ilustracje i w tych stareńkich płóciennych okładkach jest nie do zdarcia! Oczywiście mam wszystkie tomy, ale te trzy pierwsze są najważniejsze. Nie wiem ile razy je czytałam. Pięćdziesiąt? Sto? W każdym razie wystarczająco dużo aby znać je niemal na pamięć. Pewnie każdy ma takie książki, nie mam pojęcia jak to jest u tzw. dzisiejszej młodzieży, ale "za moich czasów" książki były w życiu ważne.

Tak naprawdę dopiero teraz, siedząc wśród półek pełnych naszych książek, poczuliśmy się jak u siebie w domu.  Te książki to przecież nasze wspomnienia, nasza przeszłość i nasze życie.



środa, 30 listopada 2022

Czas.

Oj, nie mogłam ja się doczekać tej mojej wolności! 

Ostatni rok to już było odliczanie dni. Nawet zrobiłam sobie w pracy specjalny kalendarz do skreślania dni, ale w sumie zamiast skreślać, wolałam rysować w nim kwiatki na koniec każdego dnia, który przybliżał mnie do szczęśliwego zakończenia :) No dobra, nie bójmy się  tego słowa: emerytura! Hmm... no nie wiem ... brzmi trochę  tak... za poważnie, a ja przecież AŻ TAK poważnie się nie czuję!

No więc zostańmy może przy słowie WOLNOŚĆ. Ładniej brzmi i ma większy, o wiele większy zakres.



28 lipca to był mój ostatni dzień w pracy, pożegnanie z tzw. przytupem hehe, dzień pamiętny z różnych względów, a którego szczegółów nie będę tu przytaczać, bo i nie ma po co. W każdym razie w kalendarzu to był ten dzień z serduszkiem, a następne to już same uśmiechy, czyli Wolność :)

Niewiarygodne, że wszystkie sprawy związane z pracą, którymi w jakiś tam sposób żyłam przez lata, z dnia na dzień  przeszły gdzieś na daleki plan i przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Co prawda zawsze starałam się mieć duży dystans do tzw. spraw zawodowych, ale wiadomo że nie da się tak całkiem życia rozdzielić na dwa światy. Mimo wszystko lubią się przeplatać. No a teraz udało mi się wreszcie wyskoczyć z nie swojego świata i mam ten luksus, że mogę cieszyć się wyłącznie SWOIM. Mam wciąż kontakt z koleżankami z pracy i tylko to się liczy, bo tak naprawdę tylko te znajomości miały i mają jakąkolwiek wartość. I mam nadzieję że przetrwają, mimo że przeniosłam swoje życie na drugi koniec Polski :)

Trzeba przyznać, że szybko się do wolności przyzwyczaiłam. Właściwie to od razu! To naprawdę cudowne uczucie nie mieć obowiązków! W pierwszych miesiącach co prawda trochę mieliśmy na głowie, musiałam pakować i odgruzowywać nasz stary dom, potem wielka przeprowadzka i te wszystkie remonty, które też były w sumie dość stresujące. Ale kiedy się to wszystko przewaliło, w końcu nastał ten moment kiedy naprawdę NIC NIE MUSZĘ!

Kładę się kiedy chcę, wstaję kiedy chcę i zapewniam że nie jest to godzina siódma ... Chociaż kto by mi zabronił wstać o świcie i przejść się na spacer po łąkach? No nikt, tylko na razie jakoś jeszcze mi się nie chce...

Może na wiosnę?

Robię tylko to co chcę, a bywają dni że nic nie robię tylko napawam się właśnie tym uczuciem NIC-NIE-MUSZENIA ;)

No i chyba najważniejsza sprawa: przestaliśmy zwracać uwagę na to która jest godzina. Przypominają mi się studenckie czasy, kiedy jadąc na górskie włóczęgi pierwszą rzecz jaką robiłam po dotarciu na dworzec było zdjęcie zegarka z ręki (tak tak, zegarki miało się wtedy na ręce a nie w telefonie!) i wrzucenie go do plecaka. Czas przestawał obowiązywać. No to teraz mamy tak samo.

W naszym domu jest co prawda parę zegarów, ale tak naprawdę chodzą sobie jak chcą. A jak nie chcą to nie chodzą. Szczególnym przypadkiem jest zegar staruszek zakupiony kilka lat temu w podwarszawskiej graciarni, który jest prawdziwym czasowym anarchistą i mimo usilnych naszych starań (kiedy nam jeszcze tym zależało), nie zechciał podporządkować się narzuconej dyscyplinie.
No więc daliśmy mu wreszcie swobodę i chodzi tak jak chce i kiedy ma na to ochotę, odmierzając czas na sobie tylko znany sposób i wybijając znienacka przeróżne, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością godziny. Swoją drogą, czy godziny naprawdę są rzeczywiste? Czy czas naprawdę istnieje, tak jak nam to wmówiono? Kto to wie... To zapewne temat na całkiem inną notkę...



Wracając do nic-nie-muszenia: wiadomo, wciąż jeszcze ogarniamy dom i obejście, rozpakowujemy graty, kombinujemy jak tu się pomieścić w naszym mikrodomku z całym dobytkiem, ale robimy to powoli i bez pośpiechu. Bo pośpiech to chyba rzecz której najbardziej w poprzednim życiu nie lubiłam. No to właśnie w TYM życiu go nie ma!

Prawda, że jeszcze się trochę muszę nauczyć z tej wolności korzystać. I uczę się. Na przykład jadę sobie autkiem i mijam rosnące przy drodze trzy piękne wierzby iwy. I myślę sobie: o, mogłam stanąć i zrobić im zdjęcie a ja pojechałam dalej jak automacik. A właśnie że nie: stanę, zawrócę, wysiądę z auta i popstrykam sobie trochę. Kto mi zabroni? No właśnie nikt. Więc właśnie tego się uczę. Że mam swój  czas dla siebie. Cały mój czas. I nie muszę się spieszyć, bo nie ma po co.

A jak już wypakujemy z kartonów wszystkie nasze książki, to zrobi się  wreszcie miejsce na kolejne meble i wszystkie moje włóczki, szmatki, kamyki i koraliki będą mogły wrócić na swoje miejsce. Wtedy dopiero nacieszę się tym moim czasem! Mam przecież tyle rzeczy do zrobienia! 

W poprzednim życiu czasem udawało mi się urwać trochę czasu aby podłubać przy biżutkach, czy innych robótkach. Ale ciągle czułam straszny niedosyt. Po pracy, wieczorem nie miałam już siły, w weekendy rzadko kiedy była na to wolna chwila, i tak mijał tydzień za tygodniem, a ja zostawałam z głową pełną pomysłów i coraz większą frustracją.

A tych pomysłów miałam i nadal mam całe mnóstwo!


Mogę wreszcie wrócić do drutów i zrobić nam obojgu wielkie swetry i ciepłe skarpety, a może nawet pokuszę się o jakieś ciepłe czapy, bo choć czapek nosić nie lubię, to jednak zimą na wsi warto czasem coś na głowę wcisnąć. 



Nareszcie mogę zabrać się za szydełkową kolorową narzutę na łóżko, od lat zbieram na to różnokolorowe moteczki bawełny. 

Mogę też uszyć mnóstwo poduch na ławę i fotele na werandę. Mam na to szmatek aż nadto. Nawet może spróbuję pozszywać jakieś patchworki, choć przyznać muszę że pierwsze kroki w tym kierunku nie szły mi najlepiej. Niby jestem cierpliwa, ale szycie wymaga też większej precyzji i nie da się tak całkiem improwizować i wszystkiego robić na tak zwane oko! ;P

Mogę wreszcie wrócić też do przędzenia wełny. I do farbowania. Mam w domu trzy kołowrotki, a w planach spełnienie marzeń i zakup jeszcze jednego ;)





No cóż jeszcze mogę? Wiadomo, wrócę do haftowania koralikami i robienia biżutków, choć tu na wsi to chyba ich nosić nie będę zbyt często. Ale może komuś podaruję? A zresztą po prostu lubię je robić i tyle.


Mogę też wreszcie wrócić do filcowania, haftu czy dekupażu. Zwłaszcza tęsknię do tego ostatniego, bo to naprawdę świetna zabawa, a przy tym lubię jak to co robię ma jakieś praktyczne zastosowanie. Do dziś mamy w domu ze dwa zegary, jakieś puszki, pudełka i tacki które sama zdobiłam i są nadal w użyciu.



Jakby było mało, nareszcie mam czas żeby nauczyć się trzech technik które od dawna mnie ciągną, a na które nie było w moim życiu ani czasu ani miejsca: tkania gobelinów, ecoprintingu, oraz robienia klockowych koronek... 

No i to by było chyba na tyle, nie licząc zajęć ogrodowo-zielarskich, ale na nie przyjdzie pora dopiero na wiosnę. 

I co, myślicie że wystarczy mi na to wszystko czasu?

No wiem,  może niekoniecznie wszystko się uda zrobić tej pierwszej zimy... 

Ale przecież nie spieszę się nigdzie, bo mam czas!

poniedziałek, 28 listopada 2022

W drodze do sklepu.

Ponieważ drogi do pracy już nie muszę odbywać (jupi!), więc u mnie ten post (albo może cała ich seria?) będzie nosić tytuł "w drodze do sklepu", choć tak naprawdę co drugi raz jest to droga do paczkomatu. Ale ponieważ paczkomat stoi tuż przy sklepie, to na jedno wychodzi... ;P

Droga do sklepu zmobilizowała mnie właśnie do przeproszenia się z aparatem fotograficznym, no i od tygodnia nie ruszam się bez niego z domu. Wcześniej ominęły mnie naprawdę prawdziwe foto okazje: a to sarnia rodzinka wylegująca się na przydrożnej łące pod lasem, a to drapieżne ptaszysko, które tak bardzo zajęte było pożeraniem jakiegoś biednego zwierzątka na polu tuż przy szosie, że nie zwróciło uwagi na mnie i moją komórkę. Oczywiście nic z tych fotek nie wyszło, nawet nie wiem co to był za ptaszor, bo komórkowy zoom może i przybliża, ale za to zniekształca i zamazuje.

Kilka razy miałam też chęć uwiecznić po drodze jakiś piękny jesienny widoczek, ale słowo daję, nic na tych zdjęciach z komórki pięknego nie widać.

Tak więc targam teraz ze sobą aparat i foty będą!


Mam słabość do wierzb. Iwy są takie jakieś czarodziejskie. Nie ma mowy żebym przeszła obok jakiejś obojętnie...


Białodupki czyli sarny mieszkają tu w licznych gromadach, na pewno jeszcze nieraz uda mi się zrobić ostrzejszą fotkę ;P


Zakała pobliskich łąk, czyli nawłoć. Nie lubię jej bo zarasta wszystko wokół i niszczy różnorodność roślinną, ale jednak trochę ją lubię, bo pięknie wygląda jesienią i zimą.



A to początek mojej "drogi do sklepu", czyli wyjazd z naszego końca świata w stronę cywilizacji ...


Nie jestem biegła w rozpoznawaniu drapieżnych ptaków (na razie!), ale wydaje mi się, że to myszołów. Z bardzo daleka, bo nie spodobało mu się że zatrzymałam samochód i odleciał dalej od drogi. No i znów ledwo co widać...  Nic to, nie zrażam się łatwo. Będzie ich więcej. Może tylko należało wybrać sobie jakiś inny kolor samochodu, zamiast CZERWONEGO?  ;PPP

To były fotki sprzed śnieżnej aury.

Przedwczoraj moja droga do sklepu wyglądała tak: 












Niby zwyczajna, a jednak trochę inna.

Swoją drogą, muszę wreszcie rozkminić gdzie mam w aucie te cholerne światła przeciwmgielne ;)