28 lipca to był mój ostatni dzień w pracy, pożegnanie z tzw. przytupem hehe, dzień pamiętny z różnych względów, a którego szczegółów nie będę tu przytaczać, bo i nie ma po co. W każdym razie w kalendarzu to był ten dzień z serduszkiem, a następne to już same uśmiechy, czyli Wolność :)
Niewiarygodne, że wszystkie sprawy związane z pracą, którymi w jakiś tam sposób żyłam przez lata, z dnia na dzień przeszły gdzieś na daleki plan i przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Co prawda zawsze starałam się mieć duży dystans do tzw. spraw zawodowych, ale wiadomo że nie da się tak całkiem życia rozdzielić na dwa światy. Mimo wszystko lubią się przeplatać. No a teraz udało mi się wreszcie wyskoczyć z nie swojego świata i mam ten luksus, że mogę cieszyć się wyłącznie SWOIM. Mam wciąż kontakt z koleżankami z pracy i tylko to się liczy, bo tak naprawdę tylko te znajomości miały i mają jakąkolwiek wartość. I mam nadzieję że przetrwają, mimo że przeniosłam swoje życie na drugi koniec Polski :)
Trzeba przyznać, że szybko się do wolności przyzwyczaiłam. Właściwie to od razu! To naprawdę cudowne uczucie nie mieć obowiązków! W pierwszych miesiącach co prawda trochę mieliśmy na głowie, musiałam pakować i odgruzowywać nasz stary dom, potem wielka przeprowadzka i te wszystkie remonty, które też były w sumie dość stresujące. Ale kiedy się to wszystko przewaliło, w końcu nastał ten moment kiedy naprawdę NIC NIE MUSZĘ!
Kładę się kiedy chcę, wstaję kiedy chcę i zapewniam że nie jest to godzina siódma ... Chociaż kto by mi zabronił wstać o świcie i przejść się na spacer po łąkach? No nikt, tylko na razie jakoś jeszcze mi się nie chce...
Może na wiosnę?
Robię tylko to co chcę, a bywają dni że nic nie robię tylko napawam się właśnie tym uczuciem NIC-NIE-MUSZENIA ;)
No i chyba najważniejsza sprawa: przestaliśmy zwracać uwagę na to która jest godzina. Przypominają mi się studenckie czasy, kiedy jadąc na górskie włóczęgi pierwszą rzecz jaką robiłam po dotarciu na dworzec było zdjęcie zegarka z ręki (tak tak, zegarki miało się wtedy na ręce a nie w telefonie!) i wrzucenie go do plecaka. Czas przestawał obowiązywać. No to teraz mamy tak samo.
W naszym domu jest co prawda parę zegarów, ale tak naprawdę chodzą sobie jak chcą. A jak nie chcą to nie chodzą. Szczególnym przypadkiem jest zegar staruszek zakupiony kilka lat temu w podwarszawskiej graciarni, który jest prawdziwym czasowym anarchistą i mimo usilnych naszych starań (kiedy nam jeszcze tym zależało), nie zechciał podporządkować się narzuconej dyscyplinie.
No więc daliśmy mu wreszcie swobodę i chodzi tak jak chce i kiedy ma na to ochotę, odmierzając czas na sobie tylko znany sposób i wybijając znienacka przeróżne, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością godziny. Swoją drogą, czy godziny naprawdę są rzeczywiste? Czy czas naprawdę istnieje, tak jak nam to wmówiono? Kto to wie... To zapewne temat na całkiem inną notkę...
Wracając do nic-nie-muszenia: wiadomo, wciąż jeszcze ogarniamy dom i obejście, rozpakowujemy graty, kombinujemy jak tu się pomieścić w naszym mikrodomku z całym dobytkiem, ale robimy to powoli i bez pośpiechu. Bo pośpiech to chyba rzecz której najbardziej w poprzednim życiu nie lubiłam. No to właśnie w TYM życiu go nie ma!
Prawda, że jeszcze się trochę muszę nauczyć z tej wolności korzystać. I uczę się. Na przykład jadę sobie autkiem i mijam rosnące przy drodze trzy piękne wierzby iwy. I myślę sobie: o, mogłam stanąć i zrobić im zdjęcie a ja pojechałam dalej jak automacik. A właśnie że nie: stanę, zawrócę, wysiądę z auta i popstrykam sobie trochę. Kto mi zabroni? No właśnie nikt. Więc właśnie tego się uczę. Że mam swój czas dla siebie. Cały mój czas. I nie muszę się spieszyć, bo nie ma po co.
A jak już wypakujemy z kartonów wszystkie nasze książki, to zrobi się wreszcie miejsce na kolejne meble i wszystkie moje włóczki, szmatki, kamyki i koraliki będą mogły wrócić na swoje miejsce. Wtedy dopiero nacieszę się tym moim czasem! Mam przecież tyle rzeczy do zrobienia!
W poprzednim życiu czasem udawało mi się urwać trochę czasu aby podłubać przy biżutkach, czy innych robótkach. Ale ciągle czułam straszny niedosyt. Po pracy, wieczorem nie miałam już siły, w weekendy rzadko kiedy była na to wolna chwila, i tak mijał tydzień za tygodniem, a ja zostawałam z głową pełną pomysłów i coraz większą frustracją.
A tych pomysłów miałam i nadal mam całe mnóstwo!
Mogę wreszcie wrócić do drutów i zrobić nam obojgu wielkie swetry i ciepłe skarpety, a może nawet pokuszę się o jakieś ciepłe czapy, bo choć czapek nosić nie lubię, to jednak zimą na wsi warto czasem coś na głowę wcisnąć.
Nareszcie mogę zabrać się za szydełkową kolorową narzutę na łóżko, od lat zbieram na to różnokolorowe moteczki bawełny.
Mogę też uszyć mnóstwo poduch na ławę i fotele na werandę. Mam na to szmatek aż nadto. Nawet może spróbuję pozszywać jakieś patchworki, choć przyznać muszę że pierwsze kroki w tym kierunku nie szły mi najlepiej. Niby jestem cierpliwa, ale szycie wymaga też większej precyzji i nie da się tak całkiem improwizować i wszystkiego robić na tak zwane oko! ;P
Mogę wreszcie wrócić też do przędzenia wełny. I do farbowania. Mam w domu trzy kołowrotki, a w planach spełnienie marzeń i zakup jeszcze jednego ;)
No cóż jeszcze mogę? Wiadomo, wrócę do haftowania koralikami i robienia biżutków, choć tu na wsi to chyba ich nosić nie będę zbyt często. Ale może komuś podaruję? A zresztą po prostu lubię je robić i tyle.
Mogę też wreszcie wrócić do filcowania, haftu czy dekupażu. Zwłaszcza tęsknię do tego ostatniego, bo to naprawdę świetna zabawa, a przy tym lubię jak to co robię ma jakieś praktyczne zastosowanie. Do dziś mamy w domu ze dwa zegary, jakieś puszki, pudełka i tacki które sama zdobiłam i są nadal w użyciu.
Jakby było mało, nareszcie mam czas żeby nauczyć się trzech technik które od dawna mnie ciągną, a na które nie było w moim życiu ani czasu ani miejsca: tkania gobelinów, ecoprintingu, oraz robienia klockowych koronek...
No i to by było chyba na tyle, nie licząc zajęć ogrodowo-zielarskich, ale na nie przyjdzie pora dopiero na wiosnę.
I co, myślicie że wystarczy mi na to wszystko czasu?
No wiem, może niekoniecznie wszystko się uda zrobić tej pierwszej zimy...
Ale przecież nie spieszę się nigdzie, bo mam czas!